PLIKI COOKIES Dowiedz się więcej

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki

Rozumiem, ukryj komunikat

Leonowe Alpy 2013 cz.2

20-02-2014 admin
3 912 wyświetleń
fb g+ twitter
  • Global rating average: 0.0 out of 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
9

Dzisiaj druga część relacji z wyprawy Moto - Turysty "Leona" w Alpy. W pierwszej części zatrzymaliśmy się na przeprawie w kierunku Francji przez Szwajcarię i niespodziewanej wywrotce motocykla. Teraz już w pionie - jedziemy dalej! :)

     Ruszyłem przed siebie, gdyż kilometrów nie zostało zbyt wiele, ale czas do ich pokonania zaczął mnie przerażać. Końcową fazę Szwajcarii pokonywałem w tempie iście spacerowym. Jedynym plusem tego faktu była możliwość podziwiania znajdujących się wokół potężnych winnic, usytuowanych na skrajach rozpościerających się wokół gór. Wkrótce miejscowość pod tytułem Martigny uświadomiła mi gdzie jestem. Mijane salony najdroższych (czytaj – szpanerskich ) marek samochodów, rozstawione po bokach ulic niczym zwykłe sklepiki z ciuchami, świadczyły o tym, że region ten do najbiedniejszych chyba nie należy. Pamiętając ograniczenia prędkości, ciekawi mnie ile razy właściciele tych aut czują frajdę z jazdy swoimi bolidami. Moim zdaniem hipokryzja w pełnyn wydaniu. Dziwny jest ten świat.

Francais s'il vous plait

      Wjeżdżając do Francji robiło się już niebezpiecznie późno. Nie dam dziś rady dojechać do zaplanowanego rano celu mimo, iż kultura jazdy w końcu zaczęła przypominać rodzime strony. Zaczynam więc pomału rozglądać się za noclegiem. Aura pogodowa namówiła mnie na namiot. Po paru kilometrach wylądowałem na polu namiotowym Le Rys położonym w niedalekiej odległości od południowego brzegu Jeziora Genewskiego. Nadchodzący nieubłaganie zmrok nie pozwolił nacieszyć mych oczu widokiem wodnej tafli. Tą ucztę dla zmysłu wzroku pozostawiłem sobie na kolejny dzień.  

 

     No właśnie....Kolejny dzień przywitał mnie odgłosem obijanych o liście kropli deszczu. Patrzę na zegarek i widzę godzinę piątą. Sam siebie pocieszyłem, że pewnie popada góra do ósmej, a potem będzie można się zwijać w dalszą podróż. O ósmej deszcz przestał mieć w "głębokim poszanowaniu" liście, które utworzyły nad moim noclegiem naturalny parasol i dobrał się na dobre do mojego namiotu (namiot nie był tak naprawdę mój – pożyczył mi go razem z pompowaną karimatą nasz kolega Bodek, któremu za to dziękuję).

Czarno to widzę...

     O dziesiątej wyjrzałem na zewnątrz i zamiast wielkich gór i wielkiego jeziora, zobaczyłem wielkie chmury. O jedenastej, mając już lekkiego nerwa, przebrałem się nawet w ciuchy motocyklowe myśląc, że w ten sposób może uda mi się zaczarować złą aurę. W tym stroju wylazłem z namiotu i stanąłem w jedynym suchym jeszcze miejscu na polu namiotowym. Było to delikatne zadaszenie przed wejściem do męskiej ubikacji. I tak stałem ze dwie godziny – niczym męska prostytutka czekająca na klienta. Czarownik chyba ze mnie słaby, ponieważ dalej lało jak z cebra. Właściciel pola namiotowego, widząc moją lekką rezygnację, dowalił jeszcze na dokładkę, że wszędzie wokół pogoda jest o.k., tylko w naszym rejonie cytuję fonetycznie: "iplę" – czyli leje. Pogodzony z faktem, że dzisiejszy dzień muszę spisać na straty, wróciłem do namiotu i z nudów zasnąłem.

     O piątej po południu obudziła mnie cisza. JJJJessssst!!!! Na milion procent ustanowiłem rekord świata w pakowaniu namiotu na czas. Motocykl w końcu odpalony. Płacę za nocleg i w końcu jadę. Ze względu na pokrzyżowanie przez pogodę planu dnia, mam zamiar dojechać dzisiaj chociaż do oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów miejscowości Cluses. Ale najpierw trzeba znaleźć początek drogi 902. Nie było to takie proste, jakby mogło się wydawać. W Thonon-les-Bains po pierwsze mam duży problem z tankowaniem. Stacje są – ale pozamykane. Krążyłem dobrą godzinę w ogóle nie zwracając uwagi na piękno tego miasteczka. A zjechałem je wzdłuż i wszerz. W końcu udaje mi się zatankować pod jakimś marketem. Pierwszy raz w życiu płacę za paliwo kartą w dystrybutorze, jak się później okazało, nie ostatni podczas tej podróży. W końcu wyjeżdżam z miasta i po lekkim błądzeniu widzę upragniony drogowskaz – D 902.

 

     Krajobraz zaczyna się zmieniać. Od razu zaczął mi się kojarzyć z południowym początkiem trasy transfogarskiej. Wróciły miłe wspomnienia z mojej dziewiczej wyprawy do Rumunii, na którą zabrał mnie wtedy Set. Surowe skały wzdłuż wąskiej krętej drogi... I wszystko byłoby super, gdyby nie upodobanie francuskich służb drogowych do łatania dziur w nawierzchni poprzez rozsypywanie na asfalt malutkich kamyczków. Myślałem, że tylko nasi drogowcy tak oszczędnie podchodzą do tego tematu – jakże się myliłem.

     Wśród odgłosów obijających się o wszystko kamyczków, dojeżdżam na pole namiotowe. Jest już późno. Na recepcji wita mnie pan, którego prawie nie widzę. Okrywa go kłąb dymu papierosowego. Na parapecie w popielniczce widzę za to chyba z dziesięć kiepów. Tak mu się ta inhalacja podoba, że nawet nie wychodzi ze swojego pokoiku, żeby otworzyć szlaban. Tylko ręką pokazuje mi gdzie mam sobie rozbić namiot. Szybko zamyka okienko, żeby przypadkiem nie wleciało za dużo świeżego powietrza i znowu znika mi z pola widzenia.

     Kiedy rozbijam namiot, jednocześnie słucham egzotycznych dla mnie dźwięków muzułmańskiego nawoływania do modlitwy. Znowu leje. Zarąbiście! Na dodatek organizm mi przypomina, że od rana prawie nic nie piłem, nie wspominając już nawet o jedzeniu. W pobliżu pola była mała restauracja. Wchodzę i widzę ludzi przy stolikach. Pełno ludzi. Oni eleganccy – ja śmierdzący, w krótkich spodenkach. I wtedy na moją prośbę kelner sprzedaje mi chyba najdroższą wodę jaką w życiu piłem. Mając w pamięci tytuł książki mojego ulubionego Stanisława Grzesiuka "Boso ale w ostrogach", daję oberżyście jeszcze napiwek i lżejszy o kasę na prawie połowę baku paliwa, ale za to nawodniony, idę spać.

     O świcie wyłażę z mojego barłogu i widzę czyste niebo. Gdyby nie uszy, to uśmiech miałbym dookoła głowy. Jednak radość szybko mija i przeradza się w zdenerwowanie połączone z lękiem, które zazwyczaj kończy się u większości ludzi wizytą w ubikacji. Przyczyną był mój hura-pośpiech. Z tej radości tak nieumiejętnie zamykałem kufer, że prawie złamałem skobel od zamka. Tak mi się skurczybyk odkształcił, że ani w tę ani we w tę. Koniec....myślę sobie. Kufra nie zamknę, a co dopiero marzyć o jego zamontowaniu na motocykl. Łapy mi się trzęsą jak alkoholikowi na głodzie. Chcąc nieszczęsne zapięcie naprawić powyginałem wszystkie moje metalowe przybory. Wpadłem w takie nerwy, że....odgiąłem go palcami. Wkładam kluczyk i o dziwo działa. Spocony jak świnia ubieram się i w końcu jadę.

     Plan na dziesiejszy dzień jest bardzo ambitny. Mam zamiar przejechać przez najwyższe przełęcze w Alpach. Na pierwszy rzut wjeżdżam na przełęcz Col de la Colombiere na wysokość 1618 m n.p.m.

Pięknie, piękniej, cudownie!

     Góry stają się wraz z mijanymi kilometrami bardziej rozległe. Widoki coraz przyjemniejsze dla oka. Zbocza gór w większej części pokryte są zieloną trawą. Ruch na drodze jest niewielki, prawie niezauważalny. Aż nie chce się wierzyć, że jestem w Europie. Niepowodzenia z początku dnia idą w niepamięć. Pędzony radością wjeżdżam na następną z przełęczy: Col des Aravis, na której znajduje się przecudowna stylowa kapliczka i mniej cudowna restauracja.

     W drodze na mało urokliwą przełęcz Col des Saisies posilam się. Pierwszy raz zamiast konserwy zajadam się prawdziwą francuską bagietką i ciastkiem -  też francuskim.

     Jadąc cały czas dalej 902-ką mijam piękne jezioro Roselend oraz przełęcz o tej samej nazwie.

Turlając się przez prawie wyludnione i nieciekawe latem Val – d'Isere, dojeżdżam w końcu do królowej alpejskich przełęczy – Col de L'Iseran. Jej szczyt przebiega na wysokości 2770 m n.p.m. Na górze jest dużo chłodniej. Śnieg leży prawie wszędzie. Nie przeszkadza to jednak dość dużej, jak na tą część Alp, ilości motocyklistów i kolarzy. Tutaj robię sobie dłuższy postój. Widoki są takie, że nie chce mi się stąd ruszać. Z radochy biegam jak wariat od jednego punktu do drugiego i patrzę. I... nie mogę się napatrzeć. Taki jestem dumny z siebie, że tu dojechałem. Ale komu w drogę, temu czas. Trzeba dymać dalej.

     Zjeżdżam w dół. Droga niezbyt szeroka, ale reszta cały czas super. Wraz z malejącą wysokością ulica coraz bardziej się prostuje. Po drodze mijam wioskę Bonneval-sur Arc, która znajduje się na wysokości około 1850 m n.p.m. i przypomina skansen.

     Jadąc dalej, w pewnym momencie gęba mi się rozdziawia na całego. Po prawej stronie mijanego wąwozu, na jego zboczu, widzę jakieś wielkie budynki. Jak się okazuje są to zabudowania fotru Esseillon. Uwielbiam takie widoki. Na dodatek nad samym wąwozem przebiega most, na którym na pewno niejeden turysta dostaje miękkich nóg. Nie mam czasu na dokładniejszą eksplorację zabudowań, które podobno nigdy nie zaznały walki, tylko mieściły więzienie w czasie II wojny światowej.

     Przede mną jeszcze Przełęcz Telegrafistów, którą mijam bez większych zmysłowych uniesień i kieruję się na ostatni z dzisiejszych przesmyków: Col du Galibier. Na końcowym etapie podjazdu mam do wyboru: przejechać tunelem pod przełęczą lub wjechać na jej szczyt. Pogoda dopisuje, czasu trochę zostało, więc decyzja może być tylko jedna. Walę na samą górę.

     Asfalt wije się wśród nagich skał przypominających krajobraz iście księżycowy. Nie jadę za szybko. Motocykl ciężki, zakręty ostre i niejednokrotnie ślepe. W pewnym momencie mija mnie kilka motocykli z Włoch. Pozdrawiamy się. Makaroniarze dość ostro zapierdzielają. Jak się okazuje nie tylko Polacy mają ułańską fantazję. No właśnie... Fantazja nieraz bywa zgubna.

Chwila grozy...

     Wyjeżdżając z następnego łuku widzę znikajacy z drogi motocykl. Wraz z nim z oczu znika mi motocyklista. Zanim do niego dojeżdżam, reszta z jego ekipy już biegnie do skraju drogi. Przerażenie w ich oczach mówiło, że nie miałem zwidów. Motocykl jest tuż poniżej poziomu ostrego zakrętu. Bajker miał mniej szczęścia. Spadł kilkanaście metrów niżej. Widok nieciekawy. Chłop przy pomocy kolegów ledwo wydostał się na górę. Jak od nich odjeżdżałem spytałem jeszcze czy nie potrzebują pomocy. Powiedzieli, że chyba sobie poradzą. Mam nadzieję, że gość wyszedł z tego obronną ręką... Uświadomiłem sobie, jak niewiele trzeba, żeby znaleźć się dużo wyżej niż w danym dniu człowiek planował...

     Z głową pełną skrajnych myśli dojeżdżam w końcu na górę. Sama przełęcz to ostry zakręt na wysokości 2642 m n.p.m. Obok niego jest malutki parking. Stawiam na nim motocykl, żeby jakoś się pozbierać i uspokoić mętlik w głowie. Robię zdjęcia, lecz cały czas patrzę w stronę feralnego łuku. Z góry widzę, że jest to zawijas o najbardziej stromym zboczu ze wszystkich zakrętów. Facet miał po prostu wielkiego pecha.

     Po drugiej sronie przełęczy bardzo stromy zjazd. Przez wcześniejszą przygodę mam trochę stracha. W końcu się uspokajam na tyle, że mogę jechać dalej. Udaje mi się zjechać w dół bez żadnych niespodzianek. Na dole stwierdzam, że na dzisiaj starczy. Dwanaście godzin na motocyklu staje się pomału odczuwalne, szczególnie w dolnej częśći kręgosłupa – tej na cztery litery.

     Zaczynam szukać jakiegoś spania. Po kilkunastu kilometrach zjeżdżam na duży kemping. Nie pamietam jego nazwy. Spotykam na nim dwóch motocyklistów z Niemiec podróżujących na Paneuropach. Okazuje się, że bariera językowa jest na tyle mała, że nawet ucinamy sobie małą pogawędkę. Przedstawiam im swój plan na następny dzień. Spojrzeli się na siebie, potem na mnie. Stwierdzili tylko, że na końcu staroalpejskiej jest ostro i bardzo wąsko. Raczej mi się nie uda, w ten sam dzień, cofnąć się do przełęczy Col de La Bonette. Ja jednak pełen zapału na jutro, żegnam się z sympatycznymi znajomymi i w namiocie szybciutko odpływam do krainy Morfeusza.

Wyczekujcie ostatniej odsłony relacji już jutro :)

powerbike-ebook-mini
Jeśli planujesz podróż motocyklem teraz lub
w przyszłości, koniecznie przeczytaj bezpłatnego ebooka „Motocyklem bezpiecznie. 19 praktycznych wskazówek i porad doświadczonych podróżników”.
Pobierz ebooka

Powiązane

Zapraszamy do lektury najlepszej relacji roku w rankingu naszego zaprzyjaźnionego portalu Moto-Turysta. Jej bohater - Rafał Fil, zwany w towarzystwie również „Leonem” pokonał i zdobył samodzielnie Alpy. Poczujcie namiastkę emocji płynących z jego motocyklowych wojaży…

-

Artykuły promowane

Zdjęcie newsa
Salony Motorismo zapraszają na jesienną wyprzedaż odzieży i akcesoriów ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Motorismo Assistance to zupełnie darmowy, innowacyjny program wsparcia i...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Zapraszamy do Salonów Motorismo, gdzie już dostępna jest nowa, jesienna ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Wybierając się w motocyklową podróż, musisz zabrać ze sobą dużo więcej r...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Lato to czas wyjazdów. Przeważnie większość motocyklistów woli jeździć s...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Marka HJC przygotowała dla motocyklistów nowy model kasku szczękowego na...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
SW MOTECH to jeden z czołowych dostawców akcesoriów motocyklowych. Ma w ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Ostatnia, czwarta część video-poradnika, tym razem na temat tego dlaczeg...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Held świetnie leży, dobrze skrojone i dopasowane ciuchy to znak szczegól...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Dla wszystkich fanów nowinek salony Motorismo przygotowały nie lada grat...
-
Czytaj więcej >
Motorismo on Facebook