PLIKI COOKIES Dowiedz się więcej

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki

Rozumiem, ukryj komunikat

Leonowe Alpy 2013 cz.3

21-02-2014 admin
3 843 wyświetleń
fb g+ twitter
  • Global rating average: 0.0 out of 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
25

Piątek i pora na ostatnią, trzecią część relacji ze zdobycia Alp przez naszego Leona. Jesteśmy aktualnie we Francji. Czytajcie, przeżywajcie i zdjęcia podziwiajcie :)

Rano śniadanie zjedzone w towarzystwie budzącego się dnia. Dnia, który rozpoczyna siódmy miesiąc roku i zapowiada się na pełen słońca. W dobrym nastroju wyruszam w dalszą drogę. W pełnym słońcu wjeżdżam na pierwszą z dzisiejszych przełęczy: Col D'Izoard na wysokość 2360 m n.p.m.

     Alpy bardzo podobne do tych z wczoraj. Asfalt trochę lepszy. W oczy rzuca się brak śniegu. Widać, że nieuchronnie zbliżam się do południowego końca Francji.

Krajobraz się zmienia...

Po zjechaniu w dół, góry jednak zaczynają się zmieniać. Są jakby niższe. Niejednokrotnie bardzo wąska droga, którą się poruszam, wije się wśród licznych, coraz głębszych i stromych wąwozów. Nie jest praktycznie niczym zabezpieczona. Także chwila nieuwagi może skończyć się nieciekawie.

     Pojawia się coraz więcej wykutych w skale tuneli. Wszystko to sprawia niesamowite wrażenie surowości natury. W takiej scenerii przejeżdżam przez przełęcz Col de Vars i w podobnej wspinam się na Col de La Cayolle. Po drodze zauważam jakieś znaki z informacją, że przełęcz jest zamknięta. Chyba kogoś pogięło.

     Moje przypuszczenia sprawdzają się dość szybko. Kogoś faktycznie pogięło. Na stromym podjeździe zastałem wielką bramę z siatki wysokiej na parę metrów, która szczelnie blokowała dalszą możliwość jazdy. Wokół cisza. Brak żywej duszy. Na nawrócenie ciężkiego motocykla nie mam prawie żadnych szans. Patowa sytuacja. Nagle coś mi podpowiada, że może by tak przesunąć bramę i jednak pojechać, mimo zakazu.

Raz kozie śmierć

     Po chwili jestem po drugiej stronie. Sam nie wiem skąd u mnie taka logika. Jak się okazało była to logika słuszna. Na przełęcz wjechałem i zjechałem nie zatrzymywany przez nikogo. Przepraszam. Zatrzymałem się dwa razy. Po raz pierwszy przez zalecające się do siebie świstaki, które na skraju drogi, będąc w miłosnych uniesieniach, nie zwracały na mnie w ogóle uwagi. Drugi raz zatrzymał mnie helikopter lądujący przede mną na ulicy niczym orzeł, który łapie w szpony swoją ofiarę. Będąc cały czas w powietrzu, coś zabrał z ciężarówki i nie dotykając nawet na chwilę ziemi odleciał gdzieś w siną dal. Pilot miał chyba wielkie jaja, jeżeli takie numery mu wychodziły. Szacun i to pełen. A żeby było śmieszniej - na koniec okazało się, że po drugiej stronie przełeczy nie było żadnej bramy – dziwne...

     Przed wjazdem na Col de La Couillole niebo nagle ciemnieje. Stwierdzam, że największy syf jest właśnie nad miejscem, w które mam się udać. Pioruny walą na całego. W jednym miejscu spotyka się chyba z pięć burz. Dyskoteka za darmo.

 

     Mi do śmiechu jednak wcale nie jest. Pytam zjeżdżających z tamtej strony motocyklistów czy dam radę. Mówią, że nie jest najgorzej. Szkoda, że nie mam ich adresów, bo jakbym ich znalazł, to ręka, noga, mózg na ścianie.

     To co mnie spotkało na szczycie przełęczy – walące wokół pioruny – było niczym, w porównaniu z tym, co później zafundowała mi aura. Stracha miałem nie na żarty. Obierając kierunek na miejscowość Sospel, zaczynałem się powoli modlić. Otulające drogę skały, jak również sama droga, spływały strumieniami w jakimś brunatno - czerwonym kolorze. Na dodatek ulica zaczynała być coraz węższa, kręta i bardzo stroma. Zakręty były niejednokrotnie tak ostre, że ich dół chował się pod ich górną częścią. Na domiar złego widoczność w kasku spadła do zera. Z otwartą szybą nie szło jechać, bo deszcz i wiatr waliły prosto w oczy. Jak ją zamknąłem parowała w zastraszającym tempie. Jestem cały, chyba tylko dzięki nawigacji. Jak na jej ekranie robiło mi się czerwono, to oznaczało, że zbliża się jeden z tych zakretów, które bałbym się nawet pokonać przy super pogodzie. Najgorsze jeszcze było to, że parę razy podczas ich pokonywania mijałem się z jadącymi z dołu kamperami. Pełen folklor, kuźwa !!! Moja przelotowa prędkość spadła do około pięciu -  góra dziesięciu kilometrów na godzinę. Nie pamiętam czy udało mi się dwójkę włączyć. Zaczynałem się cieszyć, że dzisiaj nic prawie nie jadłem, bo miałbym co wieczorem prać. Po drodze zauważyłem tylko malowniczą wioskę wybudowaną na krawędzi ostrych zboczy. Z tego co wyczytałem w internecie, mieszkają tam cały czas ludzie. Coś niesamowitego. Ja nie miałem już siły, żeby tam zajrzeć. Po drodze mijałem też jakieś bunkry. Ale ich również prawie nie widziałem.

Koniec piekła

     Kiedy w końcu udało mi się wyjechać z tego szału pogodowego, myślałem że się poryczę z radości. Ostatnio byłem chyba tak szczęśliwy, jak mi się dzieci rodziły. Nie przesadzam. Ten etap będę pamiętał do końca życia. Tyle strachu nie najadłem się chyba nigdy. Masakra. Szkoda tylko, że przez tą pogodę ominęło mnie pewnie parę super widoków. Ale przecież nie można mieć wszystkiego.

     Zbliżając się do końca dzisiejszego etapu i jednocześnie końca drogi staroalpejskiej, moim oczom ukazała się budowla, której widok poprawił mi humor. Była to tzw. kaplica Notre Dame de la Nemours. Dojście do niej ma kształt kamiennego mostu, pod którym przebiega droga, którą się poruszałem. Widok super. To lubię.

     Dzień miał się ku końcowi, a mi zostało jeszcze trochę do przejechania. Wijące się niczym kobra zakręty, doprowadzają mnie do końca mojej wycieczki –  leżącego nad Morzem Liguryjskim miasta Menton. Problem ze znalezieniem noclegu spowodował, że musiałem wrócić z powrotem do Sospel, na mijane wcześniej pole namiotowe. Znowu kilkanaście kilometrów po zakrętach. Szczerze mówiąc, to miałem już ich pomału dosyć. Na samym kempingu, pierwszy raz w życiu widziane przeze mnie  latające świetliki były fajnym zakończeniem tego męczącego dnia.

     Niemcy mieli rację. Mój plan dnia był nad wyrost przesadzony. Zapomniałem ,że czasami jazda w górach to nie są przelewki. Wszystko jednak było nieważne. Jestem już prawie po wszystkim. W głębi duszy rozsadza mnie jednak duma. Jak się okazało, dzisiejsza część drogi, którą pokonałem w deszczu, przy prawie zerowej widoczności, jest jednym z odcinków specjalnych Rajdu Monte Carlo. Jestem wielki!!!

Pora wracać...

     Teraz czeka mnie już tylko powrót do domu. Ostatni dzień zweryfikował jednak moje plany powrotu. Col de la Bonette zostawiam na inne lata. Decyzja w mojej głowie zapada jednogłośnie niczym głosowanie w komunistycznym parlamencie. Jak najmniej zakrętów w drodze powrotnej – czyli wracam wzdłuż wielkiej wody.

     To wybrzeże ciągnęło mi się następnego dnia przez prawie dwieście kilometrów. Wśród ciągnących się bez końca korków, jadąc jak wariat ( wariat – według mojej nowej definicji jest to pędzący na złamanie karku, swoim skuterem, między samochodami, niezwracający uwagi na przepisy i swoje zdrowie Włoch ),  po drodze  mijam stolicę włoskiej piosenki – Sanremo.

     Zarąbisty widok błękitnej tafli morza przyćmiewa tylko upał, który muszę znieść ubrany w pełen strój motocyklowy. Wśród tłumów krótkich spódniczek, szortów i strojów bikini wyglądam niczym przybysz z innej planety. Tam ludzie nawet na wielkich turystykach zapierdzielają w klapkach. Po prawie sześciu godzinach takich uciech w końcu nawigacja ratuje moje jajka przed całkowitym ugotowaniem i kieruje mnie na północ. Po drodze czeka mnie jeszcze powtórka z rozrywki podczas przeciskania się przez Milan. Trudy drogowej walki wynagrodził mi widok mijanego podczas zachodu słońca Jeziora Como. Nocleg znalazłem w motelu w miejscowości Morbegno. Nie był zbyt tani, biorąc pod uwagę końcówkę pięniedzy w moim portfelu, ale nieodparcie potrzebowałem "odrobiny luksusu". Perspektywa spokojnego posiedzenia na "tronie" i ciepły prysznic oraz podane rano do stołu śniadanie, szybko puściły w niepamięć cenę noclegu.

     Następnego dnia wypoczęty i uśmiechnięty, z wizją spędzenia następnej nocy we własnym łóżku, udałem się w kierunku kraju, którego stolica leży nad Wisłą.

Musiałem znowu popełnić błąd w obliczeniach, bo zamiast tej nocy przytulać się do własnej żony, przytulałem się do ławki na stacji paliw w Legnicy. Mimo zmęczenia, resztka zdrowego rozsądku kazała mi odpuścić przejechanie ostatnich kilometrów przez lasy, wśród panujących ciemności. Wolałem wrócić do domu jeden dzień później, ale wrócić w całości. Gdy tylko zaczęło się rozjaśniać, ruszyłem w dalszą drogę. Lecz zamiast do domu, trafiłem do Seta na poranną kawę. Poranną kawą żegnał mnie kolega parę dni wcześniej, to i poranną kawą pewnie mnie przywita. Nie myliłem się. Oprócz dużej czarnej, uraczył mnie także pyszną jajecznicą. Po relacji "na gorąco", najedzony i napity, po przebyciu w te kilka dni ponad czterech tysięcy kilometrów, wyruszam do domu - właściwego końca mojej podróży.

Pozdrawiam wszystkich Moto-Turystów

Leon M-T 152

powerbike-ebook-mini
Jeśli planujesz podróż motocyklem teraz lub
w przyszłości, koniecznie przeczytaj bezpłatnego ebooka „Motocyklem bezpiecznie. 19 praktycznych wskazówek i porad doświadczonych podróżników”.
Pobierz ebooka

Powiązane

Zapraszamy do lektury najlepszej relacji roku w rankingu naszego zaprzyjaźnionego portalu Moto-Turysta. Jej bohater - Rafał Fil, zwany w towarzystwie również „Leonem” pokonał i zdobył samodzielnie Alpy. Poczujcie namiastkę emocji płynących z jego motocyklowych wojaży…

-

Artykuły promowane

Zdjęcie newsa
Salony Motorismo zapraszają na jesienną wyprzedaż odzieży i akcesoriów ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Motorismo Assistance to zupełnie darmowy, innowacyjny program wsparcia i...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Zapraszamy do Salonów Motorismo, gdzie już dostępna jest nowa, jesienna ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Wybierając się w motocyklową podróż, musisz zabrać ze sobą dużo więcej r...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Lato to czas wyjazdów. Przeważnie większość motocyklistów woli jeździć s...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Marka HJC przygotowała dla motocyklistów nowy model kasku szczękowego na...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
SW MOTECH to jeden z czołowych dostawców akcesoriów motocyklowych. Ma w ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Ostatnia, czwarta część video-poradnika, tym razem na temat tego dlaczeg...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Held świetnie leży, dobrze skrojone i dopasowane ciuchy to znak szczegól...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Dla wszystkich fanów nowinek salony Motorismo przygotowały nie lada grat...
-
Czytaj więcej >
Motorismo on Facebook