PLIKI COOKIES Dowiedz się więcej

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki

Rozumiem, ukryj komunikat

Ostatnia część relacji z wyprawy - Śladami MS Chrobrego

02-10-2014 admin
3 422 wyświetleń
fb g+ twitter
  • Global rating average: 0.0 out of 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
Uru_29

Argentyna, Brazylia, Urugwaj - ostatnia część relacji z wyprawy naszych Podróżników, sprawdź jaki był finał!

Ponownie w trasie…

Trochę ponad miesiąc minął nam szybko i pełni energii, żegnani przez naszych przyjaciół ruszaliśmy znowu w drogę. Brakowało już nam tego uczucia, kiedy to wsiadasz na motocykl i jedziesz przed siebie. Droga, którą teraz przemierzaliśmy  była nam już znana. Jechaliśmy do Buenos Aires gdzie zrobiliśmy 3 dniowy postój u znajomych motocyklistów z Tigres de la Ruta. Po małym wypadku ze spadnięciem łańcucha na 100 km przed Buenos Aires postanowiliśmy, że wymieniamy zużyte już opony, zębatki i łańcuchy w obu motocyklach. Nie ma co ryzykować chociaż miałem nadzieję, że jakoś wytrzymają, ale przed nami jeszcze około 4 tyś km. Alejandro bardzo nam pomaga, zawozi do znanego mu sklepu w centrum gdzie udaje nam się kupić wszystko. Ceny nie są miłe dla kieszeni, za wszystko płacimy ponad dwa razy więcej niż w Polsce. Ale nie ma wyjścia. Mogliśmy co prawda kupić jakieś słabe łańcuchy i zębatki, a opony wybrać tanie chińskie. Ale kupiliśmy dbając o nasze bezpieczeństwo znane i sprawdzone jakościowo wyroby dobrych i znanych marek. Jeszcze tylko kilka godzin pracy przy wymianie i motocykle były jak nowe, gotowe do dalszej drogi. Przy okazji wymieniam tez klocki hamulcowe wiezione jeszcze z Polski.

Naszym następnym celem były oddalone o prawie 1500 km wodospady Iguazu. Trochę monotonną drogę z Buenos Aires pokonaliśmy na 3 razy. Jednego z nich ruszaliśmy przy gęstej mgle i lekkim kapuśniaczku. Niestety w tym dniu szczęście nam nie dopisało i rozpadało się na dobre. Efektem tego było suszenie większości rzeczy w hoteliku. Jednak muszę przyznać, że pomimo kilkugodzinnej jazdy w sporym deszczu ubrania dały radę. Owszem woda przeciekła w niektórych miejscach do środka, ale tylko przy szyi spod kasku, w rękawicach, no i oczywiście buty były mokre.

Jeszcze jedno drobne zdarzenie zepsuło nam na trochę nastrój. Na naszej drodze stanęła kontrola policji. W szczerym polu, kilkadziesiąt kilometrów za Zarate. Do tej pory jakoś nas ten zaszczyt omijał. Tylko raz, nie licząc odpraw granicznych, mieliśmy ją w Patagonii. Tym razem wszystko było by dobrze gdyby nie to, że kilka dni temu na jeden z motocykli skończyło się ubezpieczenie. My co prawda zapłaciliśmy je, ale nie mieliśmy jeszcze przy sobie potwierdzenia. Dopiero mieliśmy zamiar je wydrukować. I do tego właśnie przyczepił się pan policjant. Nie pomogły tłumaczenia i udawanie że nic się nie rozumie. Skończyło się na ponad trzykrotnie większym mandacie niż samo ubezpieczenie…   Może i dobrze, że tylko tak. Bo nie wspomnę już, że nasze ubezpieczenie nie jest ważne w Argentynie… Ale od czego jest siła przekonywania… Pozbawieniu zapasu zielonej gotówki zmieniamy trochę plany i wjeżdżamy na parę godzin do Urugwaju, żeby wybrać z bankomatu dolary. To fajny kraj, można zdecydować w jakiej walucie chce się zrobić wypłatę. Zaopatrzeni w kasę jedziemy kawałek przez Brazylię i ponownie wjeżdżamy do Argentyny tego dnia.

Ta część podróży obfitowała w polskie akcenty. Obok Apostoles odwiedzamy fabrykę yerba mate i muzeum Juana Szychowskiego. To polski emigrant, który na początku ubiegłego wieku zbudował do dziś funkcjonujące przedsiębiorstwo. Imponujące osiągnięcie, co mogliśmy zobaczyć w muzeum. Jednak tuż przed nim mieliśmy do pokonania kawałek drogi gruntowej. Na własnej skórze przekonaliśmy się o jej właściwościach po deszczu. Prawie czerwona nawierzchnia o tej porze roku była śliska niczym lód. Jeden z motocykli wywinął kozła i wylądował na boku cały w czerwonej i śliskiej, lepiącej się do wszystkiego mazi. Wcale nie było łatwo go podnieść. Nie mogłem znaleźć oparcia, a nogi rozjeżdżały mi się na boki… Jednak jakoś we dwoje nam się to udało bez potrzeby zdejmowania całego bagażu.

Na Wodospady Iguazu zarezerwowaliśmy sobie więcej czasu. W jednym dniu oglądaliśmy je ze strony argentyńskiej, a drugiego z brazylijskiej. Obie strony trzeba koniecznie „zaliczyć”. Podejście pomostem pod Garganta Del Diablo i widok na przelewające się niesamowite ilości wody jest niezapomniany. Szum, a właściwie grzmot tej ogromnej ilości wody jest imponujący. Dla bardziej odważnych i nie bojących się całkowitego przemoczenia jest możliwość popłynięcia łodzią pod sam wodospad na dole. Drugiego dnia wrażenia ze strony brazylijskiej były równie niezapomniane. Wodospady Iguazu są jednym z cudów Świata wartych obejrzenia! Przed wyjazdem z Puerto Iguazu robimy pamiątkowa fotkę na styku granic Paragwaju, Argentyny i Brazyli, a następnie kierujemy się do miejscowości Wanda, w której można spotkać wiele rodzin potomków polskich emigrantów.

Paragwaj wcale nie dziki…

Spotkaliśmy całkiem sporo Polaków w prowincji Misiones. W drodze do Paragwaju zatrzymaliśmy się w Wandzie. W tej miejscowości żyje duża liczba osób polskiego pochodzenia. Robiąc zakupy w sklepie i rozmawiając po polsku zostaliśmy kilkukrotnie zaczepieni, a potem zaproszeni na spotkania. Tym sposobem wylądowaliśmy w radio w audycji polskiej a następnego dnia na mszy w kościele „Częstochowa” z okazji dnia Emigranta Polskiego. Bardzo sympatycznie rozmawiało się  z ludźmi po polsku w ich domach, gdzie na ścianach wiszą pamiątki, flaga i polskie godło.

Do Paragwaju jechaliśmy z lekka obawą, wszyscy nas ostrzegali jak tam jest niebezpiecznie… Na granicy odstaliśmy w długiej kolejce, ale potem cała procedura poszła w miarę sprawnie. Przejeżdżamy przez Encarnacion, bo około 60 km dalej leży Trynidad,  ruiny misji jezuickich, jedne z wielu na tym terenie. Kupujemy bilety po 25000 Guarani, uprawniające do wejścia na dwa dodatkowe  obiekty. Na centralnym miejscu jest duży plac, a z lewej strony pozostałości ogromnego kościoła. Mury zachowały się w nad wyraz dobrym stanie. W niektórych miejscach widać jeszcze bogate rzeźbienia kolumn i łuków na sklepieniach. Pomimo kilkuset lat niszczycielskiego działania wody i powietrza, całość wygląda imponująco. Robimy pamiątkowe fotki i jedziemy kilkanaście kilometrów dalej do Jesus de Tavernague. To kolejny kompleks gdzie funkcjonowali Jezuici. Ten obiekt jest trochę mniejszy od poprzednich, ale za to lepiej zachowany. Do środka wchodzimy na tym samym bilecie co do poprzedniej redukcji. Następnego dnia jedziemy do odleglejszych redukcji. Pierwsza z nich to San Ignacio Guazu. To pierwsza misja założona w tym rejonie. Niejako serce zarządzania redukcjami. Odległość  to około 140 km. Całe niebo jest zaciągnięte chmurami i pada. Jednak przed samym celem deszcz ustaje i możemy zobaczyć ją zobaczyć. W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze jedną redukcję nad samą Paraną San Cosme y Damian.

Prze Atlantyk do domu…

Powoli kończy się nasza podróż. Już od 2  tygodni znamy termin powrotu. Jeszcze na początku wyprawy mieliśmy plan, aby sprzedać gdzieś motocykle w Ameryce Południowej. Ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na powrót z nimi do domu. Trochę się do nich przyzwyczailiśmy… I ponownie będziemy płynąc przez Atlantyk statkiem razem z motocyklami. Upraszcza to cała sprawę i nie trzeba martwić się o wysyłkę maszyn, a potem o różne ukryte opłaty portowe, które mogą niemile zaskoczyć. Niektórzy mogą to uważać za stratę czasu, ale nie my. Podróż statkiem daje mnóstwo czasu dodatkowego i można go spożytkować na wiele przydatnych działań.

W Urugwaju kilka dni gościmy u znajomej rodziny, chłonąc ostatnie momenty w Ameryce Południowej. Jesteśmy w stałym kontakcie z naszym agentem i śledzimy pozycje naszego statku w internecie. Ostatniego dnia wsiadamy na jego pokład wraz z czwórką innych pasażerów i ruszamy w prawie 4 tygodniowy rejs do Europy…

To była fantastyczna ośmiomiesięczna wyprawa, podczas której doświadczyliśmy wielu fantastycznych wrażeń, spotkaliśmy przyjacielskich i pomocnych ludzi, zobaczyliśmy spektakularne cuda natury. Na własnej skórze odczuliśmy patagońskie wiatry i wiemy, co to znaczy podróżować motocyklem na koniec świata. Wyprawa ta na pewno na długo pozostanie w naszej pamięci. Już myślimy o następnej…

Tekst: Krzysztof Rudź

www.ludziepodrozuja.pl

Poprzednie relacje:

Śladami MS Chrobrego, czyli co motocykle mają wspólnego ze statkami. (cz. I)

Śladami MS Chrobrego - druga odsłona, czyli przygotowania do wyjazdu. (cz. II)

Śladami MS Chrobrego - z motocyklami przez Atlantyk (cz. III)

Śladami MS Chrobrego - wyprawa przez patagonie (cz. IV)

Śladami MS Chrobrego - coraz bliżej "końca świata" (cz. V)

Śladami MS Chrobrego - Chile i trzęsienie ziemi (cz. VI)

 

Artykuły promowane

Zdjęcie newsa
Salony Motorismo zapraszają na jesienną wyprzedaż odzieży i akcesoriów ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Motorismo Assistance to zupełnie darmowy, innowacyjny program wsparcia i...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Zapraszamy do Salonów Motorismo, gdzie już dostępna jest nowa, jesienna ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Wybierając się w motocyklową podróż, musisz zabrać ze sobą dużo więcej r...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Lato to czas wyjazdów. Przeważnie większość motocyklistów woli jeździć s...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Marka HJC przygotowała dla motocyklistów nowy model kasku szczękowego na...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
SW MOTECH to jeden z czołowych dostawców akcesoriów motocyklowych. Ma w ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Ostatnia, czwarta część video-poradnika, tym razem na temat tego dlaczeg...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Held świetnie leży, dobrze skrojone i dopasowane ciuchy to znak szczegól...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Dla wszystkich fanów nowinek salony Motorismo przygotowały nie lada grat...
-
Czytaj więcej >
Motorismo on Facebook