PLIKI COOKIES Dowiedz się więcej

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki

Rozumiem, ukryj komunikat

Polska Wschodnia Moto Tour 2015 - cz. I

06-10-2015 admin
2 900 wyświetleń
fb g+ twitter
  • Global rating average: 0.0 out of 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
Image014

Zapraszamy na lekturę relacji naszych podróżników Ani i Michała!

Teoretycznie Polska Wschodnia, szczególnie ta niezbyt północna i południowa, oraz motocykl to dwie wykluczające się rzeczy. Nie ma bowiem w jeździe nic przyjemniejszego, niż kręte szosy z doskonałą nawierzchnią. Tymczasem patrząc na mapę, drogi na Podlasiu wydają się niemiłosiernie proste i nudne, a o kiepskiej nawierzchni czyta się wszędzie. Początkowo miała to być opowieść o ciekawych miejscach, przepięknych wschodnich krajobrazach, kilometrach lasów, pól i łąk, łosiach, żubrach, bocianich gniazdach i stadach koni na pastwiskach. Podróż jak zawsze zweryfikowała nasze plany. Będzie to opowieść przede wszystkim o ludziach. Poznanych w trasie, spotkanych w czasie motocyklowej przygody,  zupełnie przypadkiem. Nigdzie bowiem, nawet na drugim końcu świata, nie spotkaliśmy tyle życzliwości, serdeczności i bezinteresowności.

Ruszamy w połowie czerwca, przed pierwszą falą wakacyjnego tłoku. Pierwszy dzień podróży planujemy ambitnie. Chcemy dotrzeć mniej uczęszczanymi drogami z Krakowa w rejon Siemiatycz. Na nocleg mamy upatrzoną na zdjęciach satelitarnych odludną polanę nad zakolem Bugu. Tego dnia jedzie się wyjątkowo ciężko. Dokucza nam niemiłosierny upał, jest gorąco, duszno i parno. Kilkukrotnie musimy przerywać jazdę by przeczekać gdzieś pod zadaszeniem gwałtownie przechodzące burze. Przepocone ubrania kleją się do ciała, a ogłupione upałem, fruwające robactwo momentalnie zalepia szyby w kaskach. Ulga przychodzi gdy przepływamy promem Wisłę na wysokości Solca. Na drugim brzegu zdecydowanie spada intensywność zabudowy. Maleje też ruch na drodze. Szosa prostuje się, a krajobraz powoli, ale konsekwentnie przeistacza się w kilometry niekończących się pól uprawnych. Słońce zachodzi i rzuca na wszystko czerwono - złotą poświatę. Jest pięknie. Tylko nieprzyzwyczajony do długiej podróży w siodle tyłek, boli niemiłosiernie.

Gdy po zmroku docieramy na zaplanowaną miejscówkę, jesteśmy fizycznie wykończeni i szczęśliwi, że na dziś to już koniec. Na miejscu zamiast upragnionej ciszy i spokoju spotykamy chmurę wściekłych komarów, pośród których w najlepsze siedzi sobie i wędkuje w półmroku dwóch gości. Nie jest więc tak pusto jak sugerował internet. Pytamy więc czy nie będzie to problem, jeśli obok rozbijemy namiot. Odradzają nam ten pomysł, bo jest to podobno popularne miejsce na nocne balety z promilami i muzyką z samochodowego bagażnika. To, że na razie są tu tylko komary nie oznacza, że za chwilę nie zjadą się amatorzy nocnych szaleństw. Okazuje się że poznani wędkarze to Henryk i Michał, ojciec i syn. Obaj są motocyklistami. Henryk – ojciec mieszka w okolicy, a ich wędkowanie i tak już dobiega końca, więc zapraszają nas do siebie. Komary tną jak oszalałe i stwierdzamy, że nie ma co się zastanawiać. Rozbijemy namiot w ogrodzie u Henryka. Szykuje się spokojna i bezpieczna noc. Jedziemy za nimi...

 

Robimy kilka kilometrów po okolicznych drogach. Jest już całkiem ciemno i niewiele widać przez brudne wizjery w kaskach. Po kilkunastu minutach zjeżdżamy z asfaltu na piaszczystą drogę. Nagle lewo, prawo, lewo, prawo.... gleba. Poczciwe ER6N leży i wyje do księżyca. Obładowane moto wcale nie tak łatwo podnieść w sypkim piachu. Z pomocą Michała, który natychmiast do nas podbiegł, udaje się go postawić na koła. Mówi żeby się nie przejmować. On tu leżał już kilka razy, jego ojciec też.

 

Chybów, Ewa i Henryk

Okazuje się że nie ma mowy o żadnym rozbijaniu namiotu. Mamy już pościelone łóżko w osobnym pokoju. Henryk robi nam miejsce w garażu i przygotowuje drewno na ognisko. Jego żona Ewa przynosi nam wielki talerz wypasionych kanapek i michę słodkich truskawek. Kto to zje?

 

Rano oczywiście dostajemy śniadanie i z Ewą nie ma nawet dyskusji, że „dziękujemy proszę nie robić sobie kłopotu”. Myśleliśmy, że o takiej gościnności możemy przeczytać już tylko w historycznych książkach. Henryk oprowadza nas po swojej ziemi. W jego polu stoi stary wiatrak, mocno już nadszarpnięty zębem czasu i ludzką bezmyślnością. Co jakiś czas część jego konstrukcji po prostu znika w niewyjaśnionych okolicznościach na opał. Całość skrzypi przy mocniejszych podmuchach wiatru. Pomimo doskwierających mu oczywistych braków w konstrukcji, a może to właśnie dzięki nim, miejsce to robi na nas ogromne wrażenie. Czujemy że jesteśmy świadkami ulotnej chwili w historii tej okazałej konstrukcji. Jeśli kiedyś tu wrócimy, a wrócimy chętnie, pewnie już jej nie będzie. Widok z wysoka na okoliczne lasy, domy i pola dopełnia obraz piękna.

 

Oglądamy kilka patentów Henryka, które przez lata misternie konstruował w swoim ogrodzie: samo zamykające się furtki, maszynę do rozłupywania drewna, miniaturowy wiatrak... Fajnie jest słuchać jak z pasją opowiada o drobnych z pozoru rzeczach, przy których spędził mnóstwo swojego cennego czasu. W tle sączą się opowieści ze starych, dobrych motocyklowych chwil. Klasyczne sprzęty, upadki i wypadki, zloty, znów wypadki i urazy. Było tego trochę. Przed pożegnaniem dostajemy do ręki myjkę ciśnieniową i odbywa się porządne mycie. Nie wypuścił nas na brudnych sprzętach.

Drohiczyn, Olga i Michał

Rano byliśmy umówieni z Michałem i Olgą w domu jej rodziców tym razem, w Drohiczynie. W naszych oczach jest to typowe sielskie małe miasteczko. Spokój, cisza. Zadbane domy i ulice. Wydaje się dobrym miejscem do życia. Niewątpliwie ma swój urok. Na brzegu rzeki, nieopodal centrum, znajduje się świetny punkt widokowy na leniwie płynący Bug. Bardziej zainteresowani jednak byliśmy dłuższą rozmową z naszym wczorajszym dobroczyńcą i jego żoną. Z pozoru zwykłe, normalne młode małżeństwo. Pomimo, że zdecydowanie są ludźmi mocno stąpającymi po ziemi, okazali się równie  ciekawi świata tak jak my. Umówiliśmy się na kolejne spotkanie u nich w Białymstoku.

Wędrujące po niebie słońce nieubłaganie przypominało, że czas ruszać dalej. Poinstruowani gdzie jechać i co koniecznie zobaczyć ruszyliśmy w kierunku świętej góry prawosławia – Grabarki. Ruszyliśmy bez większego przekonania, jako że zdecydowanie nie gustujemy w turystyce sakralnej. Na miejscu jednak przez dłuższą chwilę staliśmy jak wryci w ziemię. Otaczały nas, ukryte pod drzewami, tysiące dziękczynnych krzyży wbitych w ziemię wokół cerkwi. Tylko las i cisza. Nieliczne promienie słońca, którym udawało się przebić przez gęste korony drzew, rozświetlały fragmenty tej plastycznej sceny, by za chwilę podkreślić nagłym rozbłyskiem światła inną, ukrytą dotąd jej część.  Delikatny wiatr wzbudzał subtelny szmer liści, który tylko potęgował mistycyzm tego miejsca.

Po opuszczeniu Grabarki wczesnym popołudniem, przyszedł czas na nasz ulubiony punkt programu, czyli jazdę przed siebie bez mapy i z wyłączoną nawigacją. Wsiedliśmy na motocykle i pognaliśmy prosto w kierunku granicy z Białorusią. Droga  prowadziła totalnie na wprost zagłębiając się coraz bardziej w niekończące się mielnickie lasy. Tak dotarliśmy do znaku zabraniającego dalszej jazdy w kierunku granicy. Skręciliśmy więc na północ i klucząc przez wsie o tak wdzięcznych nazwach jak Klukowicze, Litwinowicze, Jancewicze, czy Zubacze i pytając czasem spotkane po drodze staruszki o drogę dotarliśmy do Czeremchy, gdzie niebieski mundur, który pojawił się nagle i niespodziewanie na drodze nakazał nam się zatrzymać.

 

Czeremcha i Drogówka

Kontrola okazała się rutynowa i polegała na sprawdzeniu posiadanych dokumentów. Legitymowała się jedynie męska część naszego składu, bo żeńska ponoć nigdy nie lata bez uprawnień. Skoro już stoimy to czemu nie zrobić sobie dłuższej przerwy i rozprostować kości? Podczas kontroli drogowej zazwyczaj zapominamy o tym, że policjant to po prostu człowiek w pracy. Towarzyszą temu nerwy związane z popełnionym wykroczeniem. Tym razem wykroczenia nie było, więc atmosfera podczas nieoczekiwanego spotkania była jak najbardziej w porządku. Pogadaliśmy o sprzętach, jako że spotkana drogówka również w czasie wolnym lata na dwóch kołach. Porównaliśmy możliwości komunikacyjne cywilnych interkomów z systemami służby mundurowej. Otrzymaliśmy po raz kolejny zestaw tras które koniecznie musimy zobaczyć, kilkakrotne ostrzeżenie przed dzikimi zwierzętami w okolicach Puszczy Białowieskiej, wraz ze świeżą historią motocyklisty, który miał nieszczęście nadziać się tam na żubra i zapewnienie że na nowo dostosowanej do wysokich prędkości drodze do Hajnówki nie spotkamy ich kolegów. Miło i sympatycznie.

 

Z oddali, o zachodzie słońca, Białowieża wygląda zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Obserwując wieś z jednej z wież widokowych można pomyśleć, że znów przenieśliśmy się w czasie. Który to już raz dzisiaj?. Na miejscu orientujemy się, że wylądowaliśmy w nieprzeciętnym skupisku gospodarstw agroturystycznych, pensjonatów i hoteli. Do tego wszędzie dziwne ceny. Otoczenie Parku Narodowego w zasadzie wyklucza biwakowanie na dziko, pozostaje więc pole namiotowe. Na kempingu rozbiliśmy się obok sympatycznego busika przerobionego na kampera. Po chwili piekliśmy kiełbaski przy ognisku z Jagą i Leszkiem. Kurcze, znowu fajni, normalni ludzie. Właściciele oryginalnego gospodarstwa agroturystycznego na Lubelszczyźnie, którzy cieszyli się z krótkiego urlopu. Zafascynowali nas swoimi podróżniczymi opowieściami, ale przede wszystkim odważną historią wyjazdu z miasta. Szukając wolniejszego życia, kupili gospodarstwo u wrót Roztoczańskiego Parku Narodowego i urządzają sobie tam od lat swój raj na ziemi.


Pogoda nazajutrz pozwoliła nam jedynie na spakowanie motocykli. Chwilę po odpaleniu maszyn o kaski zaczęły rozbijać się pokaźne krople wody. Zapowiadało się, że niestety szybko się nie przejaśni. Przejechanie pierwszych kilku kilometrów utwierdziło nas w przekonaniu, że zwiedzanie Parku zostawimy sobie na naszą kolejną wizytę. Postanowiliśmy skierować się na północ w kierunku ziem polskich Tatarów. Ulewa opuściła nas dopiero przed Bobrownikami, gdzie musieliśmy zatrzymać się by nasmarować przesuszone deszczem łańcuchy. Przy tej zajmującej czynności wspomagali nas lokalni fani taniego wina, udzielając nam przy okazji szczegółowych wskazówek dot. topografii terenu. Jak się miało okazać nie bez przyczyny. Z przygranicznego miasteczka wjechaliśmy bowiem do dzikiej krainy. Asfalt ustąpił miejsca piaszczystym, polnym i leśnym duktom. Kilometry bezdroży w pasie przygranicznym, na obrzeżach Puszczy Knyszyńskiej. Co jakiś czas napotykaliśmy zamieszkane wsie i siedliska, do których nie prowadziła żadna utwardzona droga. Kluczyliśmy tak sobie leniwie, skupiając się mocno na uniknięciu kolejnej gleby na sypkiej nawierzchni. Nie sądziliśmy że można jeszcze w Polsce spotkać takie miejsca. Przez kilka godzin nie spotkaliśmy żadnego innego pojazdu. Nasza  podróż, jakby nie było, szosowymi maszynami dostarczyła nam tutaj nie lada rozrywki. Wyszutrowani za wszystkie czasy, po dotarciu do Kruszynian nie mogliśmy odmówić sobie tradycyjnego tatarskiego posiłku. Warto. 

Artykuły promowane

Zdjęcie newsa
Salony Motorismo zapraszają na jesienną wyprzedaż odzieży i akcesoriów ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Motorismo Assistance to zupełnie darmowy, innowacyjny program wsparcia i...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Zapraszamy do Salonów Motorismo, gdzie już dostępna jest nowa, jesienna ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Wybierając się w motocyklową podróż, musisz zabrać ze sobą dużo więcej r...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Lato to czas wyjazdów. Przeważnie większość motocyklistów woli jeździć s...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Marka HJC przygotowała dla motocyklistów nowy model kasku szczękowego na...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
SW MOTECH to jeden z czołowych dostawców akcesoriów motocyklowych. Ma w ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Ostatnia, czwarta część video-poradnika, tym razem na temat tego dlaczeg...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Held świetnie leży, dobrze skrojone i dopasowane ciuchy to znak szczegól...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Dla wszystkich fanów nowinek salony Motorismo przygotowały nie lada grat...
-
Czytaj więcej >
Motorismo on Facebook