PLIKI COOKIES Dowiedz się więcej

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki

Rozumiem, ukryj komunikat

Śladami MS Chrobrego - coraz bliżej "końca świata" cz. V

08-09-2014 admin
2 862 wyświetleń
fb g+ twitter
  • Global rating average: 0.0 out of 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
_dsc1122

Przed Wami kolejna część relacji z wyprawy do Ameryki Południowej!
Zobaczcie jak radzili sobie nasi podróżnicy

Rutą tres – wciąż na południe

Początek lutego to w Patagonii dobry czas na podróżowanie, szczególnie na motocyklach. Ale nawet jeśli się ma szczęście, to nie można uniknąć słynnego patagońskiego wiatru. Na własnej skórze doznaliśmy tego żywiołu. Podczas drogi do Ushuaia, najniżej położonego miasta na Ziemi,  wiało dużo i mocno. Bywały też okresy względnego spokoju, ale one były niestety w mniejszości. Mieliśmy za to szczęście do opadów. Ani razu w tym czasie nas nie zmoczyło.  Kiedy ruszyliśmy z Camarones, małego sennego miasteczka nad oceanem Atlantyckim, naszym celem było w relatywnie krótkim czasie dotrzeć na sam koniec drogi numer 3 w Argentynie. Zajęło nam to 9 dni. Po drodze staraliśmy się zobaczyć wszystkie interesujące miejsca jakie się da. Jednym z nich był Park Skamieniałych Drzew. Aby tam dotrzeć, trzeba zjechać z Ruta 3 i 70 km podążać szutrowym szlakiem pośród bezdroży. Na sporej przestrzeni Parku można oglądać ogromne skamieniałe drzewa. Pomimo, że wyglądem do złudzenia przypominały drzewa już nimi nie były. Pofałdowany teren pokryty był w całości kawałkami skał. Erozja cały czas postępuje i zmienia tutejsze otoczenie. Zatrzymujemy się na pobliskim campingu na noc. Jesteśmy na nim sami, okolica jak z horrorów. Zdezelowane wraki furgonetek, klekocący wiatrak do pompowania wody i staruszek w budce pilnujący całego dobytku. Zapada zmrok, a my idziemy spać mając nadzieję na pobudkę rano…

Żyjemy, nic nas w nocy nie zjadło i nie ganiało z siekierą. Jedziemy dalej na południe. Pogoda ciągle dopisuje, pomimo silnie wiejącego wiatru. W tej części Argentyny cały czas musimy pamiętać o naszym małym zasięgu na jednym zbiorniku paliwa. Patagonia jest jednak pustkowiem i to ogromnym. Przy każdym tankowaniu uzupełniamy trzy karnistry z paliwem. Bez nich daleko byśmy nie ujechali niestety na naszych motocyklach. Mają zbiorniki na 17l paliwa, a przy tym wietrze i sporej ilości bagażu palą sporo ponad 6l/100 km. Przejeżdżamy przez Puerto San Julian, zwiedzając szybko nabrzeże i okolicę. W sezonie można tu obejrzeć wieloryby i pingwiny. Wykorzystujemy chwilowe osłabnięcie wiatru i jedziemy do następnego miasteczka Piedra Buena gdzie zostajemy na noc. Dziś po raz pierwszy od wyruszenia z Montevideo decydujemy się na hotel. Znajdujemy fajne miejsce ze śniadaniem, a na dodatek właściciel pozwala nam postawić motocykle w swoim garażu. Decyzja o pozostaniu na noc w hotelu była strzałem w dziesiątkę, wreszcie mogliśmy się wyspać w normalnych łóżkach. Rano przy śniadaniu spotykamy dwóch Hiszpanów na BMW 1200 GS. Jadą z Ushuaia do Santiago de Chile. Wymieniamy się cennymi informacjami dotyczącymi trasy. Na swoją podróż mają „tylko” 5 tygodni. W takich momentach uświadamiamy sobie jak fajnie jest móc długo podróżować!

Wystawiamy nasze motocykle z garażu, gdzie bezpiecznie spędziły noc. Jedziemy na stacje zatankować paliwo. I tu jakoś tak zapominamy zapytać jak daleko jest najbliższa stacja benzynowa. Mamy tylko jedną 5 litrową bańkę z paliwem w zapasie. Ten błąd w Patagonii może skończyć się przymusowym postojem na drodze z powodu braku paliwa. Tym razem, jak się okaże później, mamy trochę szczęścia. Dzieląc się jedną bańka na połowę udaje nam się dojechać do Rio Gallegos na styk. Odcinek pomiędzy naszym noclegiem, a Rio Gallegos to około 230 km. Na tej przestrzeni widzieliśmy tylko jedną opuszczoną i zamkniętą na cztery spusty restaurację. Zapytani przez nas kierowcy potwierdzili, że stacji z paliwem brak. A najbliższa jest w Rio Gallegos. Dziś częściej niż w ostatnich dniach widzimy na poboczach stadka guanako. Czasem stoją na środku drogi, a kiedy się zbliżamy uciekają w pampę. Kilkakrotnie widzimy potrącone, leżące martwe zwierzęta na poboczu.

Po odwiedzeniu kilku hoteli znajdujemy wreszcie taki jaki nam pasuje. W samym centrum, z zamykanym na noc parkingiem. Hotel Covadonga ma już 85 lat, jest parterowym budynkiem mającym 18 pokoi. Na ścianach recepcji wiszą zdjęcia z początków jego historii. Fajny klimat lat, czterdziestych ubiegłego wieku. Rio Gallegos leży 2636 km od Buenos Aires. To największe miasto w prowincji Santa Cruz, ma 98 tysięcy mieszkańców. Po spędzeniu dwóch dni w tym spokojnym mieście ruszamy dalej na południe. Ruszamy to za dużo powiedziane. Chcieliśmy ruszyć, ale zaczęły się kłopoty z motocyklami. Po zapakowaniu wszystkich sakiew i worków odkręcam kraniki z paliwem przy zbiornikach. Zanim zdążyliśmy ruszyć pod motorem pojawiają się krople benzyny. Nie jest dobrze, mamy jakiś problem z gaźnikiem i najprawdopodobniej z pływakiem zamykającym dopływ paliwa ze zbiornika. Pogoda jest jednak zbyt dobra, aby tracić czas na naprawę. Robimy jazdę próbną i po stwierdzeniu, że w czasie jazdy wycieku paliwa nie ma, podejmujemy decyzję, że ruszamy dalej. Zajmiemy się tym później.

Mijamy tablicę informacyjną, do Ushuaia pozostało 546 km. Godzinę później dojeżdżamy do granicy z Chile. Odprawę robimy w miarę sprawnie, oddajemy czasowe pozwolenia wjazdu motocyklami do Argentyny, a dostajemy nowe chilijskie. Cała procedura nie trwa więcej niż 40 min. Odrobinę stresu przynosi nam kontrola SAG. To służby sanitarne, które sprawdzają czy nie przewozi się produktów roślinnych. Różne warzywa, owoce, olej itp. są objęte zakazem wwozu. Pojawia się nurtujące pytanie – zjadać marchewki czy nie?

Po przejechaniu około 50 km dojeżdżamy do Punta Delgada, a kawałek dalej do promu przez cieśninę Magellana. Mamy szczęście, bo prom stoi i wjeżdżamy na niego właściwie z marszu. Płacimy po 90 peso od motocykla i po 20 min wjeżdżamy na Tierra del Fuego. Ziemia Ognista jest dziś dla nas łaskawa, mamy piękną pogodę i około 18 stopni. Jedziemy jeszcze ze 20 km asfaltem, tankujemy bardzo drogie chilijskie paliwo, a potem już szutrową drogą. Czasem mijamy ciężarówkę za która unosi się tuman kurzu, ale właściwie można powiedzieć, że jesteśmy tu prawie sami. Na poboczach i na łąkach widać stada guanaku, niektóre stoją na drodze i trzeba uważać w czasie jazdy. Poza tym nawierzchnia usłana jest ogromną ilością kamieni. Małe, większe, ostre, nie ułatwiają jazdy. A widoki są niesamowite, niebo intensywnie błękitne, a pastwiska zielone. Napawając się tym widokiem dojeżdżamy ponownie do granicy argentyńskiej. Ponownie przechodzimy procedurę ze zmiana papierów i tankujemy znacznie tańsze paliwo po drugiej stronie granicy. Mamy na dziś ochotę już skończyć jazdę, ale w Rio Grande jesteśmy umówieni na nocleg u coucha, więc siadamy na moto i jedziemy kolejne około 80 km do miasta. Może to zmęczenie dzisiejszym dniem, albo coś innego daje nam dziś w kość, bo na przedostatnim zakręcie mojej żonie ucieka koło na kamykach leżących na ziemi i motor kładzie się w efektownym obrocie na ziemię. Całe szczęście moja piękniejsza połowa w porę uskakuje, a gmol przejmuje większość uderzenia. Na szczęście nic poważnego się nie stało i wszyscy są cali. Tylko kilka siniaków i popękana szyba od motocykla. Będziemy myśleć o szkodach potem, a teraz pukamy do domu Gerardo. Czas na odpoczynek po intensywnym dniu.

Ushuaia – koniec Świata

Atak na Ushuaia rozpoczęliśmy po dwóch dniach pobytu u Gerardo. Wcześnie rano, to znaczy około 9… Około 20 km za miastem ponownie wjeżdżamy na drogę numer 3. Mijamy wielkie jezioro Lago Fangano, ma około 100 km długości i drugie sporo mniejsze Lago Escondido. Droga zaczyna wspinać się do góry, pogoda się psuje. Na kaskach pojawiają się krople, a w powietrzu unosi się gęsta mgła. Drzewa na poboczach są nienaturalnie powykręcane. Gałęzie czasem kształtem przypominają jakieś filmy grozy…   Powoli zjeżdżamy w dół, przeciera się i już widzimy piękne zielone góry, ośnieżone szczyty i słońce. Wreszcie. Widoki są fantastyczne. To nagroda za wszystkie tysiące kilometrów przejechanych dotychczas, aby dotrzeć tutaj. Ushuaia mijamy na razie i jedziemy do parku narodowego Tierra del Fuego. W dniu dzisiejszym osiągniemy najbardziej na południe wysunięty punkt naszej wyprawy. Niżej drogą lądową już się nie da. Za miastem kończy się asfalt i wjeżdżamy na szuter. Kilkunastokilometrowy odcinek prowadzi nas do bramy parku narodowego, a potem na ostatni 3079 km drogi numer 3. Jechaliśmy nią od samego Buenos Aires z niewielkimi przerwami. Park  słynie z niezwykle silnych wiatrów, a w konsekwencji ze skarłowaciałej przyrody. Charakterystyczne dla tego krajobrazu są niskopienne buki patagońskie, które przeważnie są pochylone w jednym kierunku - najczęściej wiejących wiatrów. Po drodze mijamy też kilka lisków, które nie zagrożone przez nikogo spokojnie przechodzą przez drogę. Parkujemy pod samą tablicą informującą, że jesteśmy na końcu świata. Robimy pamiątkowe zdjęcia. Potem jeszcze mały spacer na platformę widokową, skąd rozpościera się wprost bajeczny widok. Wszystko w zasięgu wzroku i ręki, morze, góry, lasy, strumienie… KONIEC ŚWIATA…

Długa droga na północ…

Przez trzy dni cieszyliśmy oko wspaniałymi widokami. Zamieszkaliśmy w małym hotelu i codziennie chodziliśmy na miasto. Zastanawialiśmy się nad wyprawą na Antarktydę, niestety ceny tej przyjemności są kosmiczne. Na razie musi ona poczekać, może następnym razem, kto wie… Tym czasem wróciliśmy do Rio Grande i nadszedł czas na wymianę oleju i filtrów w naszych motocyklach. Przy okazji mechanik ma sprawdzić mały problem z porannym zapalaniem motocykla i wymienić ring w gaźniku, bo wciąż nam cieknie paliwo. Z uwagi na to, że nie jest to zbyt popularny motocykl w Argentynie, szczególnie taki wiekowy. Daję w warsztacie serwisówkę, aby mogli się nią podeprzeć w czasie pracy. I to był błąd, ale nie uprzedzajmy faktów, bo o tym przekonam się dopiero za kilka dni. Na razie zadowoleni odpoczywamy, a motocykle się „naprawiają”.

Po odebraniu motocykli od mechanika ruszyliśmy w kierunku granicy z Chile. Odprawa poszła nam sprawnie, wiedzieliśmy już czego się spodziewać i w obawie przed konfiskatą produktów roślinnych zjedliśmy na granicy co się dało. Do Porvenir, małej miejscowości nad cieśniną Magellana dojeżdżamy malowniczą szutrową drogą. Duża jej część wiedzie wzdłuż wybrzeża. Cali w kurzu i piasku kierujemy się do malutkiego portu kilka kilometrów za miastem. Mamy szczęście, bo jedyny prom w dniu dzisiejszym odpływa za dwie godziny. Mamy czas na posiłek w knajpce pod nazwą „Patagonia”, a potem ustawiamy się w rosnącej z każdą chwilą kolejce na prom. Kupujemy bilety na przejazd po około 20 dolarów za motocykl + osobę. To dobra wiadomość, bo byliśmy przygotowani psychicznie na ponad trzy razy wyższą kwotę, takie mieliśmy informacje znalezione wcześniej w Internecie. Prom jest całkowicie odkryty, mieści się na nim chyba pięć rzędów aut. Obsługa przypina motki pasami, a my idziemy ogrzać się do części pasażerskiej. Dosyć mocno ochłodziło się, ale jesteśmy w końcu na Ziemi Ognistej. Kiedy dopływamy do Punta Arenas jest już zupełnie ciemno. Przy wyjeździe z promu mam problem z odpaleniem motocykla… Znajdujemy mały hotel przy głównej drodze do miasta i zostajemy. Pomimo „średniowiecznych” warunków nie szukamy po ciemku dalej. Motocykle mają parking, ale my nie mamy ogrzewania w pokoju. Dostajemy za to dwa koce więcej.

Rano jadę do mechanika od BMW, który serwisuje motocykle tej marki dla firmy organizującej kilku i kilkunastodniowe objazdy po Patagonii. Niestety jest tak zawalony robotą, że wizyta kończy się tylko na rozmowie i paru radach praktycznych. Motocykl ciężko pali i dużo głośniej chodzi jak się rozgrzeje, jakoś dziwnie zbiegła się ta usterka z odbiorem motka od mechanika. Jednak jakoś nie ma na razie warunków na grzebanie w silniku. A po drugie ceny usług w Chile, szczególnie tak daleko na południu nie są małe. Wyjeżdżamy dosyć późno, bo około 13. Dziś mamy w planie dojechać do Puerto Natales. Tankujemy paliwo na wylocie z miasta do pełna i do dodatkowych baniek. Bez nich nie mamy szans dojechać do kolejnej stacji benzynowej. Dzisiejszy dzień da się nam mocno we znaki, jest naprawdę zimno. Wiatr wzmógł się i nie odpuszcza nam ani trochę. W połowie drogi robimy przerwę chowając się do budki na przystanku autobusowym w szczerym polu. Zjadamy tuńczyka z puszki i trochę się rozgrzewamy. Patagonia nie jest jednak niedzielną wycieczką za miasto. Podczas przygotowań do podróży, jeszcze w Polsce wiele czytaliśmy o tym rejonie i wiedzieliśmy czego się spodziewać. Jednak doświadczenie tego na własnej skórze jest czymś zupełnie innym, niż czytanie czy oglądanie filmów. Cali szczęśliwi znajdujemy tani hotelik, wciąż jest jeszcze zbyt zimno na szukanie kempingów.

Dziś robimy małą zmianę i jedziemy busem do Parku Torres del Paine. Przy okazji oglądamy granicę, którą jutro będziemy przekraczać pomiędzy Chile a Argentyną. Całe szczęście do granicy po chilijskiej stronie jest asfalt. Szutrowa droga wijąca się w parku narodowym, to wznosi się to opada, a pomiędzy odcinkami widzimy stada guanako. Pomimo słonecznej pogody wiatr jest dziś wyjątkowo siły. Porywy w pełnych momentach utrudniają nam utrzymanie się na nogach. Piękne słońce oświetla nagie szczyty skał, które mienią się różnokolorowymi refleksami.. Poszarpany szczyt Torres del Paine wygląda nader okazale, w kontraście z niebieską tonią lagun pomiędzy wzniesieniami jest jeszcze piękniejszy. Dzień, pomimo że bez motocykli, jest udany. Taka mała przerwa od nich utwierdza nas w przekonaniu, że to jednak świetny sposób na podróżowanie. Sami decydujemy wtedy gdzie i kiedy chcemy jechać. I tak właśnie jest następnego dnia kiedy ponownie wjeżdżamy do Argentyny. Cieszy nas też znaczna różnica w cenie benzyny. Chile jest jednak zdecydowanie droższe niż Argentyna. A biorąc jeszcze pod uwagę możliwość wymiany zielonej waluty na Peso po kursie „bludolar”, jest całkiem przyjemnie dla portfela. Granica w Cerro Castillo to malutka placówka. Cała odprawa po stronie argentyńskiej trwała chwilę, a pozwolenie wjazdu na motocykle wypisano nam odręcznie. Nie mają komputerów.  Jeszcze tylko kilkanaście kilometrów szutrem i byliśmy na słynnej w Argentynie „ruta 40”. Ciągnie się ona aż do samej granicy z Boliwią na północy, około 5000 km. W Tapi Aike gdzie miało być paliwo zastaliśmy zamknięte na kłódki dystrybutory. Całe szczęście, że mieliśmy przezornie zabrane bańki. Wlewamy ich zawartość i ruszamy dalej. Tego szczęścia nie ma spotkany szwedzki motocyklista na nowiutkim KTM, jednak jego większy zbiornik pozwala mu dojechać do kolejnej stacji. Przynajmniej tak twierdzi…

Lodowiec Perito Moreno

Po walce ze wzmagającym się wiatrem mijamy Lago Argentino i dojeżdżamy do El Calafate. Rozbijamy namiot na campingu, a w nocy testujemy nasze śpiwory, pomimo tylko kilku stopni powyżej zera dały radę. Jeden dzień spędzamy na przeglądzie motocykli  i próbie zdiagnozowania stuków dochodzących z silnika. Maszyna chodzi jakoś dziwnie głośniej, ale poza tym na razie nie ma z nią kłopotów. Mam podejrzenie, że coś jest nie tak z łańcuszkiem rozrządu... Mechanik w Rio Grande coś tam przy nim grzebał podczas przeglądu. Oczywiście czyszczenie i smarowanie łańcuchów i filtrów powietrza po szutrach jest również konieczne. Następnego dnia ruszamy do Parku Narodowego Los Glaciares , około 60 km obejrzeć lodowiec Perito Moreno. Jedziemy powoli oglądając spektakularne widoki. Na szczęście możemy dzielić podczas jazdy nasze wrażenia przez zestaw Interphone. To naprawdę bezcenne.

Za wstęp płacimy po 130 Peso, a motocykle i kaski spinamy linką, mając nadzieję, że będą tam kiedy wrócimy. W miarę jak się do niego zbliżamy, robi na nas coraz większe wrażenie. To wielkie pokłady lodu, wysokie na około 60 metrów i szerokie na ponad 5 kilometrów. Czoło lodowca jest bardzo postrzępione. Co jakiś czas słychać huk i grzmot pękających fragmentów lodu, którego duże bloki spadają do wody. Pogoda dziś idealna i w świetle słońca lód jest niebieski, błękitny. Na jego powierzchni widać refleksy światła. Wzdłuż wyznaczonej trasy, wśród wzgórz parku, po przeciwległej stronie jeziora, obchodzimy czoło lodowca. Ukazuje nam się widok z różnych stron. Idziemy przez kolejne punkty widokowe, aby Perito Moreno ukazał się nam w całej rozciągłości. Cała trasa widokowa spacerem zajęła nam 3 godziny.  Między wejściem i wyjściem kursuje bus, który przewozi turystów. Wyjeżdżamy z parku, droga powrotna nie zajmuje nam więcej niż 45 minut. Robimy zakupy. Dziś w menu kolacyjnym jest: cordero i costeleta ancha, czyli argentyńskie przysmaki - baranina i wołowina.

W El Chalten oglądamy imponujący szczyt Fitz Roy. Naga skała, bardzo strzelista wyróżnia się w krajobrazie. Widać ją już wiele kilometrów przed miejscowością. Droga prowadzi poprzez puste ogromne i prawie płaskie przestrzenie. Przez około 250 km nie spotkaliśmy żadnej chociażby pojedynczej budowli. El Chalten jest malutkie, parę uliczek, a na każdej w prawie każdym budyneczku hotel, hostel lub hosteria. Typowo turystyczne miejsce. My znajdujemy camping, są dwa w miasteczku. Wybieramy ten spokojniejszy i z mniejszą ilością ludzi. Relaks. Ciepło. Słońce grzeje dziś mocno. Każdego dnia jest coraz cieplej. Dookoła nas wysokie , a nawet bardzo wysokie skaliste góry, w oddali ośnieżone szczyty, a my na trawie i w otoczeniu niewysokich, karłowatych drzew – odpoczywamy.

Paliwowe kłopoty

Wczoraj wieczorem zatankowaliśmy oba motory i dodatkowo zakupiliśmy 10 litrów do baniaka. Na stacji dowiedzieliśmy się, że najbliższa stacja jest za jakieś 130 km, w Tres Lagos, także spokojnie damy radę i dojedziemy, dotankujemy i pojedziemy na camping do Gobernator Gregores. Niestety, jeszcze się nie nauczyliśmy, że w Argentynie, a szczególnie w Patagonii, nic nie jest oczywiste i pewne. Dojeżdżamy do Tres Lagos. Tuż przed wioską (bo dla nas to wiocha zabita dechami, a nie żadne miasteczko), zamknięta droga i objazd. Zjeżdżamy więc objazdem do wioski. Oczywiście cały czas kamienie i tarka na drodze. Asfalt się skończył. Motocykle tańczą na kamieniach. Wioska oczywiście także ma same drogi szutrowe, kamienie pryskają spod kół. Zero żywego ducha, jak to zwykle w Patagonii. W końcu wypatrujemy posterunek policji. Oficer przez okno krzyczy, że za 2 kilometry, zaraz na wjeździe do miasta jest stacja. Upewniamy się jeszcze u jednego miejscowego. Tak. Stacja jest przed wjazdem do miasta. Przeoczyliśmy? Jakim cudem. A jednak. Tuż za objazdem jest skręt w lewo pod ostrym skosem. Tam jest mała, na dwa dystrybutory, stacja benzynowa. Podjeżdżamy. Na dystrybutorach kłódki. Można powiedzieć, że pajęczyny się już porobiły. Na dystrybutorze kartka – „no hay nafta”. Znaczy - benzyny nie ma. Wchodzimy do sklepu. Przemiła pani mówi, że dziś będzie. Ale nie wiadomo o której, a benzyna skończyła się w poniedziałek. Hmmm… a mamy środę. Ładnie. Zresztą i tak nie ma żadnej gwarancji, że dziś paliwo dowiozą. To siadamy i myślimy. Zastanawiamy się, co robić. Po około dwudziestu  minutach podjeżdża samochód. Para Argentyńczyków z Buenos Aires, na urlopie.  Przemili. Z wyraźnym przepraszającym tonem, mówią, że paliwa trochę to oni mają, ale w baku, więc nie mają jak nam dać. Ale my jak zwykle jesteśmy przygotowani. Mamy wąż do paliwa. I wszystko byłoby dobrze, bo próbowaliśmy ze wszystkich sił i  trochę paliwa nam naleciało do naszej bańki plastikowej, ale niestety zbyt niski poziom benzyny w samochodzie, z którego chcieliśmy spuścić uniemożliwił to. Odpuściliśmy, żeby już nie męczyć argentyńskich turystów. Po godzinie przyjechali Francuzi w rozwalającym się busiku na argentyńskich numerach. Pytamy czy nie mają paliwa. Kierowca coś pokręcił głową, powyciągał mapy, zaczął liczyć, liczyć. W końcu znowu pokręcił głową, że niestety, nie może nam pomóc. Po kolejnych 30 minutach na stację podjechały z wielkim hukiem, niewielkim quadem, dwie nastolatki. Może miały z 15 lat. Coś tam pokiwały głową, że jest możliwe, żeby w mieście kupić. No to wracamy do tej wiochy, dziewczyny pokierowały nas do straży pożarnej. Nikogo nie ma. To znowu na posterunek. Wyjaśniamy, że potrzebujemy tylko 5 litrów (by dojechać do najbliższej stacji), niestety nie mają paliwa. Kurcze, ale na pewno ktoś ma w mieście – mówimy i czekamy na reakcję. Policjant podrapał się w głowę, wyciągnął książkę telefoniczną wioski, drukowane,  cztery kartki A4. Dzwoni. Posterunek wygląda jakby żywcem wyciągnięty ze Stegny.  Albo i jeszcze gorzej. W każdym razie dał nam namiar (w prawo i pierwsza w lewo), do gościa, który może nam sprzedać benzynę. Uradowani – jedziemy. Nestor to gość, który sprzedaje paliwo w Tres Lagos. To gość, który nie ma serca i za litr paliwa, zaśpiewał prawie trzy  (TRZY!!!) razy więcej, niż na stacji. Na stacji po 7 peso, a on nam zaśpiewał 20 peso za litr. Nie mamy wyjścia. Mówimy mu, że to nieludzkie, płacimy 100 peso i ruszamy dalej. 

Tekst: Krzysztof Rudź

www.ludziepodrozuja.pl

Poprzednie relacje:

Śladami MS Chrobrego, czyli co motocykle mają wspólnego ze statkami. (cz. I)

Śladami MS Chrobrego - druga odsłona, czyli przygotowania do wyjazdu. (cz. II)

Śladami MS Chrobrego - z motocyklami przez Atlantyk (cz. III)

Śladami MS Chrobrego - wyprawa przez patagonie (cz. IV)

 

Artykuły promowane

Zdjęcie newsa
Salony Motorismo zapraszają na jesienną wyprzedaż odzieży i akcesoriów ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Motorismo Assistance to zupełnie darmowy, innowacyjny program wsparcia i...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Zapraszamy do Salonów Motorismo, gdzie już dostępna jest nowa, jesienna ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Wybierając się w motocyklową podróż, musisz zabrać ze sobą dużo więcej r...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Lato to czas wyjazdów. Przeważnie większość motocyklistów woli jeździć s...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Marka HJC przygotowała dla motocyklistów nowy model kasku szczękowego na...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
SW MOTECH to jeden z czołowych dostawców akcesoriów motocyklowych. Ma w ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Ostatnia, czwarta część video-poradnika, tym razem na temat tego dlaczeg...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Held świetnie leży, dobrze skrojone i dopasowane ciuchy to znak szczegól...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Dla wszystkich fanów nowinek salony Motorismo przygotowały nie lada grat...
-
Czytaj więcej >
Motorismo on Facebook