PLIKI COOKIES Dowiedz się więcej

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki

Rozumiem, ukryj komunikat

VI część relacji z wyprawy - Śladami MS Chrobrego

25-09-2014 admin
3 651 wyświetleń
fb g+ twitter
  • Global rating average: 5.0 out of 5
  • 5.0
  • 5.0
  • 5.0
  • 5.0
  • 5.0
Chile_85

Chile i trzęsienie ziemi! Przeczytaj koniecznie jakie przygody spotkały naszych podróżników!

Cueva de los Manos

Kolejne dni były próbą zarówno dla naszych motocykli jak i naszych umiejętności. Setki kilometrów patagońskich szutrów i porywistego wiatru. Miejscami obok drogi szutrowej widzimy fragmenty nowiutkiego asfaltu, albo wyrównanego szutru pod asfalt. Wykorzystujemy te odcinki skrzętnie, chociaż dojazd do nich jest zagrodzony skarpami z ziemi i trudno się tam dostać. Dojeżdżamy do pięknie położonego kanionu gdzie znajduje się Jaskinia Rąk. W miejscu tym możemy zobaczyć skalne malowidła odzwierciedlające dłonie. Jest ich setki, duże i małe. Jaskinia nie jest do końca jaskinią. Raczej dużym zagłębieniem w skale gdzie tysiące lat temu koczowały zamieszkujące tę okolice plemiona. Kiedy zapada zmierzch decydujemy się rozbić dziki obóz kilkanaście kilometrów dalej, pośród zupełnego pustkowia. We wzmagającym się wietrze rozbijamy namiot, zabezpieczamy motocykle przed przewróceniem, ustawiam je przodem do kierunku wiatru i idziemy spać. Do namiotu zabieram spory nóż myśliwski, na wszelki wypadek, kilkadziesiąt metrów od namiotu znalazłem padlinę guanaku, nadjedzoną przez jakieś drapieżniki… Obudził nas lekki chłód przed wschodem słońca. Wiatr ucichł całkowicie, ale w nocy nawiało go przedsionka namiotu całkiem sporo. Rozpalamy ognisko, żeby się trochę rozgrzać i szykujemy się do dalszej drogi. Przed nami kolejne kilometry patagońskich bezdroży. Po dwóch godzinach dojeżdżamy do drogi numer 40 i zatrzymujemy się w małej miejscowości Perito Moreno. Zostajemy tu na dwie noce korzystając z taniego kempingu i poprawiającej się pogody. Można powiedzieć, że jest wreszcie ciepło. Jednak ciągle nas gna do przodu i kręcimy się niespokojnie jeśli tylko lekko zaczynamy się nudzić. Zatem z przyjemnością jedziemy dalej. W miarę jak przesuwamy się dalej na północ, wyraźnie zmienia się krajobraz. Trochę przybywa traw, których zapach wyraźnie czujemy podczas jazdy. To jest właśnie przewaga motocykla nad innym środkiem transportu.

Widać wyraźnie więcej drzew i jakby pampa robi się bardziej żółto - zielona, a nie tylko wysuszona i zniszczona wiatrem. Na noc zatrzymujemy się w Gobernator Costa, a na kolejną w Esquel. Przyjechaliśmy tu zobaczyć między innymi stary ekspres patagoński. Kolej nosi nazwę La Trochita i funkcjonuje od 1945 roku. Robi wrażenie. Ciuchcia na parę, w środku grzeje się wielki piec, pełen ognia. Para bucha. Wszystkie wagony drewniane, drewniane ściany, drewniana podłoga, w środku drewniane ławki. O 10.00 pociąg rusza na dwugodzinny tour. Po efektownym odjeździe kolejki, my ruszamy w stronę Trevelin. To osada założona przez Walijczyków. Walijczycy pod koniec XIX i w XX wieku zaczęli emigrować do Argentyny, a szczególnie do prowincji del Chubut, ponieważ chcieli zachować swoją odrębność kulturową od Anglików. Tak powstały miasta Puerto Madryn, Trelew, Rawson na wybrzeżu wschodnim, a na zachodzie prowincji del Chubut miasta Esquel oraz Trevelin. Trevelin oznacza po walijsku wioskę młynu (velin – młyn), albo może młyńska wioska. Jest zatem rzeczą oczywistą, że młyn musi być. Młyn, a jakże jest, zabytkowy, oglądamy go i oczom nie wierzymy. Obraz jak z bajki. Widok na przepiękną dolinę, młyn z kołem na wodę i wszystko funkcjonuje. Słuchamy opowieści o jego historii od wnuka założyciela, obecnego właściciela obiektu. Na dziś jeszcze nie koniec atrakcji, odwiedzamy magiczne miejsce. To wodospady Nant y Fall. Wodospady mają w sobie coś tajemniczego, a jednocześnie spektakularnego. Ten położony jest na skraju wielkiej doliny, jadąc do niego mijamy urwiste skarpy. Co prawda otoczone drzewami, ale przez 3 kilometry widzimy jedynie czubki drzew, także dolina jest naprawdę ogromna. Wieczorem kilka poprawek przy motocyklach. Zniknął hamulec tylnego koła i odkręcił się korek od zbiorniczka wyrównawczego płynu chłodzącego. Ach, te szutry patagońskie, dają spory wycisk naszym motocyklom.

Zagubieni w Patagonii

Wyjechaliśmy z Esquel dobrze po 11.00. Krajobrazy zrobiły się więcej niż piękne. Droga wymarzona, lekkie zakręty co jakiś czas, trochę pod górę, trochę z góry, dookoła  góry, my na ponad 700 m nad poziomem morza. Jedziemy i kontemplujemy widoki. Postanowiliśmy jechać do Lago Puelo, bo dostaliśmy wiadomość, że są tu polscy księża i warto ich odwiedzić. Tak też robimy. Po krótkim szukaniu trafiamy do parafii Naszej Panienki Fatimskiej (Nuestra Seniora de Fatima). Odnajdujemy księdza, witamy go polskim „dzień dobry” i tak o to jesteśmy w Lago Puelo w parafii. Dostaliśmy pokoik i będziemy tu dziś nocować. Na krzakach dojrzewają jeżyny, dookoła piękne zielone wzgórza. W Lago Puelo jest  jesień w pełni. Wody jeziora lodowcowego o tej samej nazwie są bardzo zimne, a dno widać na wiele metrów. Wieczorem uzupełniamy wiadomości na blogu i czytamy doniesienia o sytuacji na Ukrainie…

San Carlos de Bariloche to miasto niemieckich emigrantów, stare budynki z lat trzydziestych ubiegłego wieku są wykonane z drewna i kamieni. Nadaje to miastu taki tyrolski wygląd. Przez wiele lat Bariloche było uważane za przystań dla nazistowskich zbrodniarzy. My odstraszeni cenami w tym miejscu jedziemy kawałek dalej i rozbijamy się na kempingu w nieco tańszej okolicy, ale ciągle z widokiem na ogromne jezioro. Nazajutrz spacerujemy uliczkami miasta i czujemy się prawie jak w Bawarii. Jemy lody jak przystało na europejskich turystów… Po południem przeprowadzam ponownie krótką inspekcję motorów. Dolewam wody destylowanej do akumulatorów. Okazało się, że prąd ładowania jest za duży, a znaczna część wody w jednym wyparowała. Trzeba w miarę szybko rozejrzeć się za nowym regulatorem napięcia.

W drodze do San Martin de los Andes lekko nas zmoczyło. Pogoda znowu się popsuła. Spotkana przez nas para Kanadyjczyków na dwóch motocyklach Suzuki 450 ostrzegała nas przed dużymi opadami w tym rejonie. Na dodatek znowu wiał taki wiatr, że nie wiedzieliśmy jak się nazywamy. Oprócz tego że wiał prosto w twarz, to jeszcze kręcił młynki na drodze, że nie wiadomo było tak naprawdę, z której strony uderzy silny podmuch zmuszając nas do stałej koncentracji i balansowaniu na motocyklach.  Dziś jest specjalny dzień, 8 marca. Znajdujemy zatem „wypasiony” domek z salonem, garderobą i kuchnią, a dla naszych motocykli miejsce pod dachem zaraz obok. Mojej żonie należy się trochę „luksusu”, za dzielne znoszenie wszystkich niewygód tej podróży z okazji dnia Kobiet! W urokliwym miasteczku odwiedzamy znaną nam wcześniej cukiernię „ Mamusia”. Została założona kilkadziesiąt lat temu przez pana Zbigniewa Fularskiego, polskiego emigranta. Udaje mi się porozmawiać z panem Zbigniewem, niestety tylko przez telefon. Zdrowie i podeszły wiek nie pozwalają już mu wychodzić z domu. Bardzo cieszy się z naszej wizyty w jego cukierni, a my próbujemy czekoladki, które są rzeczywiście wyjątkowe. Już nigdzie potem nie jedliśmy podczas tej podróży równie smacznych.

Rano budzimy się z dziwnym uczuciem miękkości i ciepła. Powoli dochodzi do nas, to że nie śpimy dziś w namiocie, tylko mamy 70 metrów kwadratowych do dyspozycji. Wstajemy, robimy jajecznicę na cebulce i kaweczkę. Zaraz potem, niestety proza życia przypomina nam i idziemy naprawiać motocykle. Na forum BMW F650 otrzymaliśmy kilka podpowiedzi, które chcemy wykorzystać przy naszych motorach. Ponownie zabieram się za hałasujący silnik, tym razem przekładam napinacze rozrządu z jednego do drugiego motoru. Po chwili jest już wszystko jasne. Błąd i przeoczenie mechanika w Rio Grande, przez ostatnie kilkanaście dni kosztowało nas sporo nerwów. Mechanik popełnił  błąd źle montując napinacz w jednym z motocykli. Z tego powodu motor bardzo hałasował, dziwne że nic się więcej nie zepsuło.  Błędnie zmontowany napinacz rozmontowuje, przekładam zakleszczone tłoczki, a w nich sprężynkę i zaworek kulkowy. Po całej tej operacji motocykl przestał stukać. Jeden problem miejmy nadzieje mamy z głowy, nie musimy z  tego powodu szukać serwisu w Mendozie czy wcześniej w Neuquen, tak jak planowaliśmy. Co prawda motocykl dalej ma problem z porannym zapalaniem, ale jest to innego rodzaju usterka, z którą będziemy musieli powalczyć w najbliższym czasie, bo na tym etapie po sprawdzeniu wszystkiego nie widzę żadnej usterki.

Pomiędzy wulkanami

Argentyna jest ogromna. Nie licząc pobytu na statku jesteśmy już w podróży ponad 2 miesiące. Na mapie którą kupiliśmy, na jednej stronie mamy jedną połowę, mniej więcej od Mar del Plata w dół, aż do Ushuaia, a na drugiej stronie fragment północnej części kraju. Byliśmy już na samym dole, w Ushuaia, a teraz jedziemy do góry, na północ, dziś przekroczyliśmy granicę stron mapy. Jesteśmy w Chos Malal. Miasto piękne, urokliwe, pośrodku miasta wielka góra. Podobno ma w nocy wiać. Na razie jednak ulokowaliśmy się na campingu. Obok nas spotkana wcześniej para Kanadyjczyków, podróżują od ponad 8 miesięcy. Rozmawiamy długo o naszych planach i przebytej drodze. Inspirują nas do lekkiej zmiany trasy na jutro. Ruszamy znowu na szuter do parku El Tromen. Między dwoma wulkanami jedziemy raz szybciej, raz wolniej, droga wspinała się na wysokość ponad 2200 metrów nad poziomem morza. Po 50 kilometrach pięknych widoków, rozległych gór droga powoli zaczęła opadać w dół, zrobiło się dosyć stromo. Przekraczamy sporych rozmiarów strumień, a dookoła nas jest dziki i surowy krajobraz. Z rzadka tylko rosną wyschnięte kępki traw i krzaków. Wreszcie dojechaliśmy do Bardas Blancas, na małej i jedynej stacji zapytaliśmy o paliwo. A i owszem jest, ale nie z dystrybutora, tylko z beczki. Trochę obawiamy się o jego jakość i reakcję naszych gaźników, ale nie mamy innego wyjścia. Trochę przepłacamy, bo płacimy 12 peso za litr. Ale dobieramy tylko 10 litrów, po 5 na motor i ruszamy dalej. Po całym dniu i ponad 300 km trudnej drogi rozbijamy namiot w  kanionie przed Malarque. Ale dziś nie dane nam było się porządnie wyspać. Pogoda zafundowała nam deszczowy test namiotu. Najpierw na horyzoncie zaczęły pojawiać się pojedyncze błyski, jeszcze mieliśmy nadzieję, że burza przejdzie bokiem. Ale nie, jak tylko skończyłem przykrywać motocykle zaczęło się! Nawałnica trwała kilka godzin. Grzmoty i błyskawice falami przychodziły i odchodziły. Kiedy już myśleliśmy, że to koniec deszcz zalewał nasz namiot niezliczonymi litrami wody. Wielokrotnie wychodziłem z namiotu do przedsionka sprawdzać jak spisuje się tropik i czy nie podmywa nas woda spływająca z okolicznych gór. Ale na szczęście jakoś przetrwaliśmy i udało nam się zdrzemnąć kilka godzin nad ranem. 

Kolejne kilka dni przyniosły nam między innymi rozwiązanie problemu z porannymi kłopotami z odpaleniem motocykla. Przenieśliśmy się na ten czas do centrum Malarque na miejski camping. Co prawda nie mieliśmy tam Internetu jak chcieliśmy, ale za to była woda i dostęp do prądu. Z poważnym zamiarem znalezienia przyczyny problemów z motocyklem zacząłem po kolei sprawdzać, rozbierać i czyścic jego elementy. Na pierwszy ogień poszła instalacja elektryczna i to był dobry trop. Po porównaniu świec i iskry na nic w obu motocyklach były, z tym że w jednym ledwie widoczna! Po rozebraniu fajek zapłonowych wyszła cała prawda. W środku jednej nie dało się wyjąć ani sprężynki, ani opornika. Całość była skorodowana i zielona. Elementy z mosiądzu straciły kontakt i nie było przejścia iskry. Motocykl chodził pewnie tylko dlatego, że ten model ma dwie świece na jeden cylinder. Wizyta w mieście i długie poszukiwania załatwiły jednak sprawę. Kupiłem najdroższą niestety, ale jedyną w mieście fajkę NGK i po zamontowaniu jej problem zniknął, mam nadzieję że na zawsze.

Wieczór przyniósł nam miłą niespodziankę. Para argentyńskich emerytów w camperze zaprosiła nas na asado. Było nam miło i jedliśmy smaczne mięso długo rozmawiając i ćwicząc nasz hiszpański. Zaskoczeniem jednak było dla nas pochodzenie owego mięsa. To była koza, a właściwie mała kózka. Wyśmienite mięso, umiejętnie przyrządzone przez fachowca. Przy każdej sposobności podczas późniejszej podróży szukaliśmy tego mięsa, tak nam zasmakowało.

Jedziemy w stronę Mendozy. Zaczęła się cywilizacja. Już od kilku dni było widać różnicę pomiędzy Patagonią, a tą częścią Argentyny. Przed Mendozą wjechaliśmy na prawdziwą dwupasmową autostradę. Zaczął się spory ruch i korki w mieście. W takich wypadkach idealnie sprawdza się zestaw do komunikacji, bo mogę ostrzegać moją żonę na bieżąco o wszelkich pułapkach, jakie widać na drodze.

Rejon Mendozy słynie z produkcji wyśmienitego wina. Oczywiście sprawdzamy to podczas naszego kilkudniowego pobytu w okolicy. Odwiedzamy kilka winnic, degustujemy wina z różnych źródeł, a raczej z kilku szczepów. Poznajemy historię produkcji tego trunku w tym rejonie. Poza tym kupujemy wyśmienity olej z oliwek rosnących wszędzie dookoła. Potem spaghetti gotowane na campingu ma dużo lepszy smak. Na jednym z obchodów Mendozy i jej pięknych placów spotykamy ponownie naszych znajomych „Kanadyjczyków”, jaki ten świat mały! Wieczorem podczas pisania bloga spostrzegamy, że dziś mamy mały jubileusz – 100 dni w podróży. Jak ten czas leci.

Chile

Szlak z Mendozy do Santiago de Chile wiedzie malowniczym kanionem, którym płynie Rio Colorado. Z początku płaski teren w pobliżu Mendozy szybko zaczyna piąć się w górę. Andy, które widzieliśmy ruszając rano z campingu zaczęły powoli się zbliżać, aż wreszcie wjechaliśmy pomiędzy ogromne góry. Tankujemy ostatni raz paliwo w Argentynie i ruszamy dalej. Zjeżdżamy na trochę z głównej drogi na szuter, aby zobaczyć kamienny mostek na Ruta Sanmartinians. Zaraz za asfaltem droga robi się fatalna, pełno dziur i luźnych kamienie. Na jednym z ostrych zjazdów zbyt późno ostrzegam żonę o kolejnej przeszkodzie i jej motor kładzie się efektownie na bok. Ja jestem na stromym zjeździe w dół, a obok mnie spora skarpa. Zawracam motocykl  i podnosimy jej maszynę, ale przedtem musimy zdjąć prawie cały bagaż. Cały czas mamy za dużo sprzętu, ale ciężko jest nam się czegoś pozbyć. Dobrze, że wino w sakwie w szklanej butelce się nie zbiło… Dojeżdżamy do Puente del Inca. To cud natury. Most kamienny, zbudowany czy stworzony przez naturę. Z nacieków skalnych, minerałów, powstał kamienny most, pod którym wartko płynie rzeka. Tuż przed granicą zjeżdżamy na punkt widokowy aby zobaczyć najwyższy szczyt Andów – Aconcagua. Ma prawie 7 tysięcy metrów, dokładnie 6961 m n.p.m. Pogoda dziś prawie idealna, widoczność pozwala nam zobaczyć jego majestatyczny szczyt. Gdyby jeszcze tylko tak nie wiało… Łapiemy małą zadyszkę podczas spaceru na punkt widokowy. Jesteśmy już na wysokości około 4200 m n.p.m. Odprawa na granicy zajmuje nam prawie 3 godziny z czego większość stoimy w długiej kolejce razem z autami, nie udało się przecisnąć do przodu, pogranicznicy zawrócili nas. Potem jeszcze „tylko” czekał nas zjazd spektakularną serpentyną w dół. Dość powiedzieć, że z wysokości 4300 m w kilkanaście minut zjeżdża się na około 1000 m n.p.m. Rzeczywiście droga jest piękna i wielce wymagająca. Podobno rocznie dochodzi na niej do kilkudziesięciu wypadków. My pokonujemy ją w blasku zachodzącego słońca, a kilkanaście kilometrów dalej rozbijamy pierwszy raz namiot w Chile.

Trochę z powodów finansowych, trochę z uwagi na to, że sezon się skończył i jest raczej chłodno kraj ten traktujemy bardziej tranzytowo. Oczywiście odwiedzamy stolicę, Santiago de Chile, La Serena i nadmorskie miejscowości: Vina del Mar i Valparaiso. Piękne miasta, które pozostaną długo w naszej pamięci. W kilkanaście dni, nie spiesząc się jednak zbytnio, jedziemy głównie Panamericana na północ. Gdzieniegdzie widać już łachy piachu, które są pozałamywane wiatrem i  tworzą piaszczyste grzbiety. Wjeżdżamy powoli na pustynię Atacama. To jedno z najsuchszych miejsc na ziemi. Droga ciągnie się dziesiątkami kilometrów bez żadnej roślinności. Z rzadka są tylko jakieś stacyjki z paliwem, albo podupadłe knajpki które nie zachęcają nas do wejścia do środka. Na dwa dni zatrzymujemy się w małej miejscowości Taltal. Bierzemy hostel 20 m od oceanu, na ulicy widzimy dużo tablic ostrzegających przed tsunami… Mam nadzieję, że nic takiego się w nocy nie wydarzy…

70 kilometrów przed Antofagastą zatrzymujemy się obok ogromnej rzeźby w kształcie dłoni - to Mano del Desierto. Jeszcze w Polsce czytałem o tym fajnym miejscu i wreszcie udało nam się tu dojechać! Dookoła prawdziwa pustynia, piach i skały. Potem w samym mieście mamy duży problem ze znalezieniem noclegu. Wszystkie hotele i hostele są zajęte. Szukamy ze 3 godziny, w jednym już prawie się udało, bo był wolny pokój, ale pomimo zgody właściciela i prób upchania motocykli w korytarzu, nie zmieściły się przez drzwi. Z pomocą przyszła nam kobieta obserwująca nasze zmagania i poleciła nas sąsiadce. Takim sposobem wylądowaliśmy na dwie noce w prywatnym domu za rozsądna cenę i mogliśmy spokojnie zwiedzać miasto następnego dnia. Oglądamy ogromna skałę wystającą z oceanu, zwaną La Porton. Widzimy flagę z rajdu Dakaru, którego trasa w tym roku przebiegała w okolicy.

Pedro de Valdivia to jedno z ciekawszych miejsc na naszej trasie. Trochę się tam czuliśmy dziwnie. A to dlatego, że w naprawdę sporym mieście byliśmy zupełnie sami. Jego mieszkańcy opuścili je ponad 20 lat temu, po tym jak zamknięto pobliską kopalnię.  Większość budynków jest parterowych, oprócz kościoła, szpitala i kilku jeszcze innych. Całość pokryta jest kilku centymetrową warstwą piasku i saletry. Powybijane szyby w oknach, skrzypiące drzwi i hulający wiatr dopełnia atmosferę grozy. Wjechaliśmy tam mieszcząc się na styk w dziurze obok zamkniętej na dwie kłódki ogromnej bramy. Obok drzwi wejściowych do niektórych domów, pokryte grubą warstwą pyłu stały stoły, butelki, zardzewiałe wiadra, czy buty. Obok jednego z budynków, dałbym głowę widziałem wieko od trumny. Chociaż moja żona twierdziła, że to nie możliwe… Spędzamy łącznie około dwóch godziny w tym miejscu. Jest to bardzo emocjonujący czas i na długo pozostanie w naszej pamięci. Już po wyjechaniu  za bramę moja żona doznała sporej ulgi…

Trzęsienie ziemi i kłopoty techniczne…

Ostatnim miejscem gdzie się zatrzymaliśmy na dłużej w Chile było urokliwe San Pedro de Atacama. Typowo turystyczne miejsce, same hostele i knajpki. Ale sposób go pominąć gdyż jest bazą wypadową na Salar de Atacama. To ogromne solnisko leżące na wysokości około 2400m n.p.m. Jedziemy tam bezpośrednio z trasy i w Laguna de Chaxa oglądamy różowe flamingi szukające pożywienia w płytkich i bardzo słonych wodach laguny. W ciągu dnia upał jest ogromny. Zostawiamy wszystkie ciuchy na parkingu, a i tak prawie gotujemy się od słońca, przed którym nie ma gdzie się schować. Na horyzoncie w odległości około kilkudziesięciu kilometrów widać ośnieżony szczyt wulkanu Lascar (5500m) i kilka innych.

Następnego dnia pomimo chęci nigdzie nie pojechaliśmy. Przyczyną był padnięty akumulator. Postanawiamy zostać jeden dzień dłużej i spróbować kupić go w miasteczku. Niestety, jak się okazało po prawie 6 godzinnych poszukiwaniach, nie ma na to szans. Na dodatek w trakcie sprawdzania przyczyny awarii akumulatora wyszło, że winę ponosi regulator napięcia, który dawał około 17V. To jest już większy kłopot. Dopóki nie dostaniemy się do Salty lub Cordoby w Argentynie gdzie jest szansa na zakup tych części( a to jeszcze około 1000 km!) cały czas będą problemy.  Na dodatek motocykl z powodu za wysokiego napięcia zaczął „świrować”, powyżej 2000 obrotów dławił się i krztusił… Próbując różnych metod chociażby czasowego rozwiązania problemu, kupujemy używany akumulator od lokalnego mechanika. A pod gniazdko zapalniczki podłączam ogrzewane rękawice, które odbierają trochę napięcia z zepsutego regulatora. Nie rozwiązuje to sprawy w 100%, ale o dziwo działa i można w miarę sprawnie jechać. Mam nadzieję, że sprawdzi się do jutra, bo czeka nas przejazd drogą do granicy, a najwyższy punkt położony jest ponad 4800 m n.p.m.

Wieczorem… z nienacka łóżko zaczyna się trząść. Po chwili do mnie dotarło, że się trzęsie, ale nie łóżko, tylko ziemia. Trzęsienie ziemi! Wyskoczyłem na równe nogi z łóżka. Podłoga w prawo i w lewo się unosi. Szybko naciągnęliśmy spodnie na siebie, w tym samym momencie zgasło światło. Wyłączył się prąd w całym mieście.  Wybiegliśmy z pokoju. Na parkingu stał już właściciel ze swoja żoną i dzieckiem. Nikogo więcej w tym małym hotelu nie było poza nami. Właściciel był bardzo zdenerwowany. Powiedział nam, że to się nie zdarza, żeby tutaj, w San Pedro de Atacama były wstrząsy. Jeśli tutaj są, to znaczy że są to wstrząsy wtórne, a gdzieś dalej, na wybrzeżu, było naprawdę duże trzęsienie ziemi. Dał nam diodową lampę, poszliśmy do pokoju, znowu się położyliśmy i próbowaliśmy zasnąć. Trochę było z tym kiepsko po tak niecodziennych i emocjonujących dla nas przeżyciach. Przygotowaliśmy sobie na wszelki wypadek ubranie blisko, kasę i dokumenty blisko, żeby w razie czego chwycić co najważniejsze i uciekać z budynku. Na szczęście wstrząsy się już nie powtórzyły. Spaliśmy naprawdę dobrze. Rano oglądamy telewizję. W Iquiqe trzęsienie ziemi, którego echa odczuliśmy wczoraj wieczorem. Ogromne ewakuacje ludzi z miasta i zniszczenia. Kurcze, gdybyśmy nie zmienili planów i jechali do Peru wzdłuż chilijskiego wybrzeża, kto wie, co by się działo. Na całym wybrzeżu chilijskim ogłoszono alert tsunami. To naprawdę nie są żarty.

Granicę pokonujemy w miarę sprawnie, pomimo niesprawnego ładowania. Motocykl czasem przerywa, ale jakoś można jechać. Widoki są niesamowite, ośnieżone szczyty wulkanów i słone jeziora pośród nagich skał. Robiąc fotki i chodząc łapiemy zadyszkę. Powietrze jest na tej wysokości mocno rozrzedzone. Nie mamy objawów choroby wysokościowej, ale przy dłuższym pobycie na tej wysokości kto wie co by było.

 

Tekst: Krzysztof Rudź

www.ludziepodrozuja.pl

Poprzednie relacje:

Śladami MS Chrobrego, czyli co motocykle mają wspólnego ze statkami. (cz. I)

Śladami MS Chrobrego - druga odsłona, czyli przygotowania do wyjazdu. (cz. II)

Śladami MS Chrobrego - z motocyklami przez Atlantyk (cz. III)

Śladami MS Chrobrego - wyprawa przez patagonie (cz. IV)

Śladami MS Chrobrego - coraz bliżej "końca świata" (cz. V)

 

Artykuły promowane

Zdjęcie newsa
Salony Motorismo zapraszają na jesienną wyprzedaż odzieży i akcesoriów ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Motorismo Assistance to zupełnie darmowy, innowacyjny program wsparcia i...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Zapraszamy do Salonów Motorismo, gdzie już dostępna jest nowa, jesienna ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Wybierając się w motocyklową podróż, musisz zabrać ze sobą dużo więcej r...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Lato to czas wyjazdów. Przeważnie większość motocyklistów woli jeździć s...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Marka HJC przygotowała dla motocyklistów nowy model kasku szczękowego na...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
SW MOTECH to jeden z czołowych dostawców akcesoriów motocyklowych. Ma w ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Ostatnia, czwarta część video-poradnika, tym razem na temat tego dlaczeg...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Held świetnie leży, dobrze skrojone i dopasowane ciuchy to znak szczegól...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Dla wszystkich fanów nowinek salony Motorismo przygotowały nie lada grat...
-
Czytaj więcej >
Motorismo on Facebook