PLIKI COOKIES Dowiedz się więcej

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki

Rozumiem, ukryj komunikat

Wyprawa „Chiński Zwiad” - relacja

06-11-2013 admin
5 684 wyświetleń
fb g+ twitter
  • Global rating average: 0.0 out of 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
Img_0967

Trzy miesiące po zakończeniu Chińskiego Zwiadu wyprawa ta wydaje mi się nierealna. Czasami zastanawiam się czy wszystko to się naprawdę wydarzyło....

Nierealna była nie tylko wyprawa, całe Chiny patrząc z dystansu wydają się być mocno surrealistyczne. Gdy żyjesz tam, z czasem do wszystkiego się przyzwyczajasz, po jakimś czasie przestajesz przyglądać się Chińczykom, przyzwyczajasz się do chińskich znaczków, jedzenie ci coraz bardziej smakuje i odczuwasz szok tylko od czasu do czasu, kiedy lecisz do Polski na święta czy wakacje. Zawsze czułem się wtedy zawieszony pomiędzy. Takie dwa osobne światy. Istnieje tylko jeden na raz. Gdy jestem w Chinach, Polska jest tylko niewyraźnym snem, gdy wracam do Chin, zapominam o Polsce. Gdy wyruszyłem na Chiński Zwiad, w maju 2013 roku, mieszkałem w Państwie Środka już grubo ponad dwa lata. Przez ten czas nauczyłem się języka w stopniu komunikatywnym i przeczytałem o tym kraju wszystko, co tylko wpadło mi w ręce. Pisząc relację z wyprawy, zależało mi na tym, żeby umieścić w niej nie tylko spostrzeżenia z podróży, ale też wszystko, czego się o Chinach do tej pory dowiedziałem.

Wyjazd był szczególny o tyle, że nie osiągalny dla wielu, z tego powodu, że aby jeździć po Chinach potrzebne jest chińskie prawo jazdy, które mogą wyrobić tylko posiadacze wizy pracowniczej. Ja szybko zdałem egzamin i tu kupiłem swój pierwszy motocykl. Małe chińskie enduro, JiaLing 150ccm, dość niezawodna w opiniach internautów, kopia jakiejś starej Hondy, to na nim ruszyłem w podróż.

Pomysł na wyprawę wokół Chin rozwijał się przez kilka miesięcy spędzonych za biurkiem, w koreańskiej firmie architektonicznej. Czasu było sporo. Zapalnikiem był artykuł ze zdjęciami dziwnych znaków na chińskiej pustyni, który ktoś wypatrzył przeczesując hektary Google Earth. Pomyślałem, że mam motocykl, jestem na miejscu, mogę zobaczyć na własne oczy to, co inni oglądają na zdjęciach satelitarnych. Chiny są ogromnym krajem o zróżnicowaniu krajobrazów porównywalnym chyba tylko ze Stanami Zjednoczonymi. Ośnieżone szczyty górskie, bezkresne pustynie, kaniony, plaże, tropikalne wyspy. Z powodu ogromnych dystansów, turyści mają okazję zobaczyć tylko kilka podstawowych atrakcji, które już dawno zamieniły się w obwarowane przez sklepiki z pamiątkami, parki rozrywki. Trafiając na artykuł o kilku najpiękniejszych jeziorach, których zdjęcia zapierają dech w piersi, nanoszę je na mapę i widzę tysiące kilometrów. Z czasem na mapie pojawiały się kolejne punkty, niektóre znalezione w przewodnikach, inne w artykułach ukazujących dziwy współczesnych Chin, polecane przez znajomych, a czasami znalezione przypadkiem, gdzieś po drodze na Google Earth. Gdy pętla na mapie się zamyka wychodzi ponad 20 tysięcy kilometrów. Dystans ogromny biorąc pod uwagę, że mój cały, dotychczasowy dorobek na motorze to 7500 km. Najdłuższa wyprawa 2 noce, 3 dni na północ od Pekinu do Mongolii Wewnętrznej.

Wyprawa była samotna, trudno znaleźć kogoś, kto też ma motor i zdecyduje się rzucić pracę w tym samym momencie. Podróż w pojedynkę bywa uciążliwa, ale otwiera też nowe możliwości w poznawaniu miejscowych, którzy widząc pojedynczego obcokrajowca, chętniej podchodzą, żeby zagadać.

Cały wyjazd trudno zmieścić w krótkim tekście, codzienna relacja z bloga, którą zebrałem w całość zajęła ponad 200 stron A5 i mam nadzieję, że powstanie z tego książka. Poniżej relacja w telegraficznym skrócie, która mam nadzieję pozwoli posmakować pyłu pustyni w ustach i zachęci do przeczytania kiedyś książki.

Chiny są podzielone na prowincje, wiele z nich jest większych od Polski, niektóre jednak mniej ludne. Chiński Zwiad ruszył na wschód przez Hebei, Wewnętrza Mongolie, Gansu, Xinjiang, Qinghai, Syczuan, Guizhou, Guangxi, Guangdong, Hainan, Jiangxi, Zhejiang, Shanghai, Anhui i Shandong.

Hebei to jeszcze znajoma okolica, znajome trasy, droga G109, wijąca się przez góry na zachód od Pekinu. Skaliste szczyty, kopalnie węgla, lasy, opuszczone wsie, krajobraz trochę jeszcze przypomina Europę. Pierwszy dzień, pierwsze 423km trasy, które trafnie komentuje mój brat pisząc, że zostało jeszcze tylko 20577 do końca.  Chcę jak najszybciej dotrzeć do Mongolii Wewnętrznej, wciąż jeszcze nie mam zaufania do motocykla. Ciągle myślę o tym, jakim wstydem będzie, gdy Jialing rozsypie się jeszcze przed opuszczeniem pierwszej prowincji. Z każdym kolejnym kilometrem powoli budujemy jednak nić porozumienia.

Krajobraz często będzie zmieniał się wraz z prowincją. Wschodnią część Mongolii Wewnętrznej na zdjęciach satelitarnych pokrywa regularny wzór, to pustkowia pocięte kanionami. Drugiego dnia dostaje tez ostro po dupie. Droga przez kaniony jest w remoncie, nie ma alternatywy, 150 km przez grząski piach, tiry, wiatr i labirynt przez kopalnie węgla otaczające Dongsheng gdzie czekają niepoznani jeszcze znajomi Polacy. Mongolia wewnętrzna to tez Ordos, miasto duchów, pierwszy chiński koniec świata, a tych będzie sporo, pierwsze przeprawy przez pustynie na północy i zachodzie prowincji gdzie naprawdę polegać mogę tylko na motocyklu. Pierwszy raz spotykam wielbłądy, Mongołów, jurty i ludzi pustyni, którzy sprzedają benzynę tam gdzie nie dotarły koncerny paliwowe.

 

Gansu wita mnie zielenią po kilku dniach pustyni, zahaczam o prowincję Qinghai, o ośnieżone szczyty Gór Qilian, gdzie spotykam pierwszych Tybetańczyków. Jialing wspina się z trudem na 4000m.n.p.m. Gansu to też pustynne miasto Dunhuang, gdzie wszyscy przyjeżdżają surfować na wydmach, zwiedzać jaskinie, oglądać posągi buddy a ja kombinuje jak dotrzeć do znaków na pustyni. Udaje mi się dotrzeć całkiem blisko, do nieodległej Nefrytowej Bramy, stojącej na Jedwabnym Szlaku, gdzie łapię gumę. Spędzam dzień w towarzystwie robotników remontujących Centrum dla odwiedzających, oni tez mnie ratują i odwożą do miasta. Z planów dotarcia do znaków nic nie wychodzi, gdy czekam na transport, podjeżdża wojskowy patrol. Przyjechali specjalnie po to, żeby sprawdzić, co mam na karcie aparatu. Okazuje się, że za korytem pustynnej rzeki, której nie udało mi się przekroczyć jest wielka wojskowa baza i ktoś z pracowników centrum, widząc dziwacznego, samotnego białego, kręcącego się po okolicy z aparatem, postanowił zawiadomić wojsko.

Dzień 14, kilometrów już ponad 4000. Muzułmańska prowincja Xinjiang jest pierwszym punktem, w którym czuję, że coś udało mi się osiągnąć i też właśnie tu, dokładnie na granicy z silnika dochodzi mnie złowrogi grzechot. Jednak chińska jakość- rozsypało się łożysko. Spędzam dwie noce w Hami, gdzie niewysoki mechanik, ze sprawnością magika, rozkłada i składa mój motocykl na części, na ceracie przed swoim barakiem, wśród cmentarzyska motocykli. Wątpię jeszcze w to czy daleko po tej naprawie zajadę, ale pijemy za sukces do rana. To chyba pierwszy Chińczyk, z którym się skumplowałem. Przez całą dalszą drogę dzwoni, żeby sprawdzić gdzie jestem, czy silnik dalej ciągnie. Xinjiang to inny kraj, osobna przygoda, to już nie te Chiny, które znałem. Chińczycy Han czują się tu nieswojo, są najeźdźcami, złowrogo patrzą na nich miejscowi Ujgurzy, którym podobno najbliżej do Turków. Nie znam ich języka, nie znam zwyczajów, nie wiem jak się zachować. Brak im tej bezpośredniości Hanów. Stoją na uboczu, przyglądają się nieufnie obcym. Po jakimś czasie udaje mi się porozumieć także z nimi. W mieście Turfan, gdzie jest tak gorąco, że ludzie śpią w łóżkach na dachach swoich domów, śpię na plantacji winogron. Dwóch miejscowych proponuje mi zapalić haszysz z bongo, które zbudowali z butelki, długopisu i kawałka parówki. Xinjiang to tysiące kilometrów przez pustynie, powietrze gorące jak z suszarki, drogi bez zakrętów, pojedyncze wdechy wilgotnego powietrza, podczas przejazdów przez miasta oazy, gdzie pośród upraw i ceglanych suszarni winogron, pracują pompy tłoczące ropę naftową. Po drodze w górach trafiam przypadkiem na grupę Kazachów, którzy zapraszają mnie do wspólnej kolacji. Mętlik w głowie, rozmawiają ze mną po chińsku, angielsku i rosyjsku. Pijemy kobyle mleko, a wielki stary bokser gra na gitarze i śpiewa piosenki Wysockiego. W Xinjiangu znajduje się też wysunięty bardzo daleko na zachód Kaszgar, gdzie w końcu mogę chwilę odpocząć pijąc piwo na siedziskach usłanych dywanami na dachu hostelu w towarzystwie innych obcokrajowców. Gdy z nieodległego meczetu dobiega śpiew Mułły zastanawiam się gdzie ja właściwie jestem? To miała być podróż przez Chiny, a to jakiś inny świat. Tu też pod granicą z Pakistanem znajduje się najpiękniejsze miejsce w Chinach. Droga Karakoram, jadąc, którą można w jednym momencie zobaczyć ośnieżone szczyty, jezioro o lazurowej wodzie, pustynie i pasące się na brzegu białe wielbłądy. Dalej znowu setki kilometrów przez pustynie od stacji benzynowej do stacji, pojedyncze miasta osady, gospodarstwa o pięknie rzeźbionych drzwiach. Mam dość pustyni, mam dość baraniny, odliczam kilometry do granicy z prowincją Qinghai gdzie mają na mnie czekać niekończące się zielone pastwiska i niebo błękitne jak nigdzie indziej.

Północny Qinghai okazuje się jednak pustynią nad pustynie. Obsługa stacji benzynowej na granicy prowincji mówi mi, że następnej stacji benzynowej po prostu nie będzie. Google Maps w telefonie pokazuje mi jedną samotną, odległą o 250km. Nigdy wcześniej nie czułem się tak samotny jak właśnie tam. Po drodze nie ma ani jednego gospodarstwa. Nie ma wielbłądów, jaków. Może raz na godzinę mija mnie tir. O północy, w trwodze przed kłębiącą się w zasięgu wzroku burzą piaskową docieram do samotnej stacji benzynowej, gdzie spędzam noc w dormitorium dla kierowców tirów, na zapleczu taniej restauracji. Dopiero wschodni Qinghai wygląda jak na zdjęciach. Dawno nie widziałem tak niebieskiego nieba. Też tu spotykam pierwszych chińskich motocyklistów w podróży. Wracają z Lhasy, możemy wymienić się informacjami o drodze, zrobić wspólne zdjęcie. Qinghai leży na Wyżynie Tybetańskiej i jest odciętym fragmentem Tybetu. Wraz z krajobrazem zmienia się też ludność. Chińczyków Han dalej nie ma, a wpływ kultury tybetańskiej widać wszędzie. Widzę, że w czasie rewolucji kulturalnej swojego dziedzictwa wyrzekli się tylko Chińczycy. Tak u Ujgurów jak i Tybetańczyków tradycyjny strój noszony jest, na co dzień. Cudowna odmiana, znowu inny kraj, mężczyźni na motocyklach, w kowbojskich kapeluszach, kurtach wyszywanych w kwiaty, z nożem za pasku, piękne kobiety o złotych zębach, z ozdobami wplecionymi we włosy, w kolorowych sukniach. Zupełnie inna mentalność. Bardziej zachodnia. Są otwarci, ciekawi, weseli tylko dalej wszędzie ta baranina. W Qinghai udaje mi się wprosić i spędzić noc na posterunku tybetańskiej policji. Buddyjskich klasztorów mijam tyle, że szybko przestając robić wrażenie. Jialing nie zawodzi, na liczniku przeskakują kolejne tysiące kilometrów, a ja mam kolejne kryzysy, wszystko boli, ale trzeba jechać dalej.

Wjeżdżam do Syczuanu, zahaczam o Chongqing, największe miasto świata. To tu produkują Jialinga. Czas na wymianę opon, naprawę usterek. Chongqing jest najbardziej niesamowitym miejscem na trasie. Mroczne miasto, położone na górzystych wyspach w rozwidleniu rzeki. Znaki informują kierowców, że miasto jest mgliste i deszczowe. Atmosfera jak w japońskim horrorze, może Dark Water. W Syczuanie na początku dalej mijam tybetańskie wsie, a zaczynam tęsknić za moimi swojskimi Chińczykami Han. Odnajduję ich na południu. 

Teraz jeszcze tylko Guizhou i Guangxi, szybki przejazd autostradami. Jadę nielegalnie, bo motocykli tu nie wpuszczają, a ja znalazłem sposób. Śpieszę się nad morze, to mają być takie mini wakacje po piekle pustyni. Plaża, morze, ostrygi, małże w Beihai. Chińczycy potrafią zniszczyć każdy krajobraz swoimi osiedlami. Czekam w porcie aż minie tajfun, żeby przedostać się na Wyspę Hainan, chińskie Hawaje. Na promie poznany Niemiec opowiada mi o Haikou, stolicy wyspy, do którego dotarł 25 lat temu. Teraz na horyzoncie sterczy las wieżowców, on wspomina jak miasto było prymitywną wioską. Ma znajomości, mówi, że może mi pomóc znaleźć pracę. Chiny w klapkach? Inne Chiny. Objeżdżam całą wyspę. Moja firma miała tu projekt, nad którym się nasiedziałem. Nie zabrali mnie na spotkanie z klientem. Przyjechałem sam, pływam w lazurowej wodzie, na odludziu, w Zatoce Smoczej Bramy, którą oglądałem setki razy na zdjęciach i planach. Dwie noce na południu, w Sanya, gdzie lubią wypoczywać Rosjanie i jadę na północ. Trasa pętla, miała sprawić, żeby nie było powrotu. Teraz, po tylu dniach w podróży chcę gdzieś wrócić.  Z Sanya droga prowadzi na północ, do Pekinu będzie już tylko coraz bliżej. Mam już dość, straciłem cierpliwość do Chińczyków, do korków, do brzydkich miast. Dzielę trasę po 500 km, żeby obliczyć jak szybko mogę skończyć. Po drodze nie ma już atrakcji, jest Hangzhou i Szanghaj gdzie mam znajomych i gdzie chwilę odpocznę. Jadę dzień w dzień od świtu do zmroku, mijam znaki polecające atrakcje turystyczne, mijam restauracje, jadłem już wszystkie smaki ciastek Oreo, dostępne na stacjach benzynowych. 

  

W Hangzhou Pawlania umawia mnie z Wangshu, chińskim laureatem nagrody Pritzkera, architektonicznego Nobla. Mam przeprowadzić z nim wywiad w jego nowym budynku na terenie kampusu Akademii Sztuk Pięknych. W czasie rozmowy mówi mi on, że chińskie miasta nie maja przyszłości, a ja wiem, że ma rację, tyle ich minąłem po drodze. Chiny bezmyślnie zalały swój kraj morzem betonu, z tej drogi nie ma odwrotu. Dalej Szanghaj, beach party, obcokrajowcy, picie do rana na Bundzie z widokiem na rosnący w szybkim tempie drugi najwyższy budynek świata. Mój mózg nie ogarnia, za duża zmiana po prawie dwóch miesiącach samotności. Wjeżdżając do miasta złapałem gumę, czekam tydzień na zamówioną w Internecie dętkę. Wypijamy morze alkoholu.

1300 kilometrów do Pekinu. Trzy dni? Mam totalnie dość, ale już blisko. Mijam kolejne brzydkie miasta i wsie. Kompletna dewastacja krajobrazu. Przy drogach setki dwupiętrowych szeregówek, na podjazdach kupy śmieci, hałdy węgla. Tylko zieleń pól ryżowych pozwala chwilę odpocząć oczom. Liczę kilometry, ile wyjdzie? Od Tianjin to już moje podwórko. Ostatni raz wymieniam olej. Dziwnie się czuję opowiadając mechanikowi w warsztacie 100 km od Pekinu, że właśnie wracam do 'domu' po 64 dniach samotnej podróży. Tyle kilometrów, tyle miejsc, tyle twarzy. Nie wiem czy mi wierzy, sam nie do końca wierzę. W końcu mijam administracyjną granicę stolicy. Szósta obwodnica, piąta, czwarta, a na twarzy coraz większy rogal. Nie potrzebuję już gpsa, miasto znam lepiej niż Wrocław. Na Dongzhimen czekają na mnie znajomi, kanapa i wódka z domkiem. Szybko to jednak zleciało...

Patronami medialnymi wyjazdu były portale e-traveler.pl i peron4.pl. Sponsorem ekwipunku firma Motorismo.

NIEZBĘDNIK

Co jest niezbędne żeby wyruszyć w motocyklową podróż? Chyba tylko motocykl i zapał. No może jeszcze budżet na benzynę. To, co trzeba wziąć ze sobą, będzie zależało od celu wyprawy, pory roku i pogody. Podczas Chińskiego Zwiadu musiałem przygotować się na każdą pogodę i temperaturę. Ile ze sobą zabierzesz może też zależeć od wielkości motocykla. Każdy pewnie widział zapakowane po brzegi BMW 1200GS z wielkimi aluminiowymi kuframi, torbą na baku, sakwach przy nogach i jeszcze z całą masą sprzętu przytroczona na wierzchu. Ale może przyjść taki moment, że motocykl będzie trzeba samemu podnieść w głębokim błocie tak jak w serialu LongWayRound.

Ja bym proponował zabrać jak najmniej, po spakowaniu się przejrzeć kilka razy torby i odrzucić, co się da. Wystarczy kilka par bielizny, jedna bardzo ciepła bluza, może wygodne spodnie na zmianę i lekkie buty gdy nie będziemy jeździć. Różnicę w ciężarze motocykla będzie można łatwo odczuć w drodze.

OCHRONA

Na pewno ważna jest ochrona. Dobry kask, porządne buty, kurtka i spodnie motocyklowe lub ochraniacze. Według mnie wystarczy po jednej parze, ewentualnie rękawice można wziąć ciepłe i letnie. Na tym lepiej nie oszczędzać, ale też nie ma co przesadzać. Myślę, że moje wysokie endurowe buty nie raz uratowały kostkę przed skręceniem w trudnym terenie. W moim przypadku nie sprawdził się kask. Wiedziałem, że jest niewygodny, ale nowy nie przyszedł na czas. Przy niskich temperaturach przydaje się też balaklawa i kombinezon przeciwdeszczowy, który można założyć na wierzch gdy mamy już wszystko na sobie.

KEMPING

Jeśli planujemy spać pod namiotami to przyda się też namiot, karimata, śpiwór itd. Sprzęt kempingowy można mnożyć, ale chyba lepiej ograniczyć. Najważniejsza może być latarka.

MOTOCYKL

Chyba każdy motocyklista dba o swój pojazd jak może najlepiej. Dobrze mieć ze sobą komplet narzędzi. Nawet jeśli sami nie wiemy jak go naprawić może w okolicy znajdzie się ktoś kto wie. W internecie można znaleźć takie rolowane pokrowce na narzędzia. Z zapasowych części zawsze miałem ze sobą świecę, przewód paliwowy, klamkę sprzęgła i hamulca, kawałek łańcucha, linkę sprzęgła i zapasowe dętki. Jeśli mamy handguardy klamki można chyba odpuścić. Miałem jeszcze ze sobą płyn do czyszczenia łańcucha, szczotkę i smar Motul, chociaż żeby naoliwić łańcuchwystarczy stary olej z silnika i chyba to jest nawet lepszy sposób.

Przed wyjazdem miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu z jednym z dwóch braci Kanadyjczyków, którzy odbyli długą motocyklową podróż. Zapytałem ich czy jest coś czego nie wzięli a potem żałowali. Usłyszałem, że gdy w górach było zimno zabrakło im stroju przeciwdeszczowego. Gdybym miał teraz się jeszcze raz spakować nie brałbym niczego więcej. Zostawiłbym w domu drugą ciepłą bluzę i drugie spodnie motocyklowe, nigdy ich nie ubrałem a zajmowały sporo miejsca.

 

Tekst: Filip Winiewicz

http://www.iloveyourmici.pl/chinski-zwiad-2013/

 

powerbike-ebook-mini
Jeśli planujesz podróż motocyklem teraz lub
w przyszłości, koniecznie przeczytaj bezpłatnego ebooka „Motocyklem bezpiecznie. 19 praktycznych wskazówek i porad doświadczonych podróżników”.
Pobierz ebooka

Powiązane

Kiedy okazało się, że celu mojej przygody, Jerozolimy nie osiągnę z przyczyn politycznych, że nie uda mi się opuścić greckiego Cypru inną drogą, niż ta, którą przyjechałem, przez Cypr północny, turecki, obmyśliłem, że pokłonię się innemu miastu z moich snów, równie skąpanemu w przepychu oraz w barwnej, niejednokrotnie krwią pisanej historii.
Skierowałem wzrok ku północy, ku minaretom Stambułu.

-

Artykuły promowane

Zdjęcie newsa
Salony Motorismo zapraszają na jesienną wyprzedaż odzieży i akcesoriów ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Motorismo Assistance to zupełnie darmowy, innowacyjny program wsparcia i...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Zapraszamy do Salonów Motorismo, gdzie już dostępna jest nowa, jesienna ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Wybierając się w motocyklową podróż, musisz zabrać ze sobą dużo więcej r...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Lato to czas wyjazdów. Przeważnie większość motocyklistów woli jeździć s...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Marka HJC przygotowała dla motocyklistów nowy model kasku szczękowego na...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
SW MOTECH to jeden z czołowych dostawców akcesoriów motocyklowych. Ma w ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Ostatnia, czwarta część video-poradnika, tym razem na temat tego dlaczeg...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Held świetnie leży, dobrze skrojone i dopasowane ciuchy to znak szczegól...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Dla wszystkich fanów nowinek salony Motorismo przygotowały nie lada grat...
-
Czytaj więcej >
Motorismo on Facebook