PLIKI COOKIES Dowiedz się więcej

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki

Rozumiem, ukryj komunikat

Wyprawa Motorismo Kraków - Jerozolima 2013: Perła Orientu

02-12-2013 admin
5 872 wyświetleń
fb g+ twitter
  • Global rating average: 0.0 out of 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
Trasa_przejazdu

Kiedy okazało się, że celu mojej przygody, Jerozolimy nie osiągnę z przyczyn politycznych, że nie uda mi się opuścić greckiego Cypru inną drogą, niż ta, którą przyjechałem, przez Cypr północny, turecki, obmyśliłem, że pokłonię się innemu miastu z moich snów, równie skąpanemu w przepychu oraz w barwnej, niejednokrotnie krwią pisanej historii.
Skierowałem wzrok ku północy, ku minaretom Stambułu.

Droga do upadku

Ilekroć myślałem o tym mieście cofałem się w czasie do roku 1453, kiedy to wypełniła się sułtańska wola, a bizantyjska słabość i zepsucie musiały ustąpić potędze osmańskiego Islamu, który podbudowany zwycięską bitwą pod Warną w 1444 urósł do miana Wielkiego Gracza na politycznej mapie Europy i Azji. To właśnie na warneńskim polu pamiętnego 10 listopada głowę swą młodą stracił Władysław III, z Bożej Łaski król Polski, Węgier, Dalmacji, Chorwacji, Raszki, Bułgarii, Slawonii, ziemi krakowskiej, sandomierskiej, łęczyckiej, sieradzkiej, Kujaw, pan i dziedzic Pomorza i Rusi, najwyższy książę Litwy, włodarz legendarnej Polski od morza do morza... 

6 kwietnia 1453 roku rozpoczęła oblężenie Konstantynopola osiemdziesięciotysięczna armia turecka naprzeciw której stanęło siedem tysięcy bizantyjskich rycerzy oraz siedmiuset genueńskich ochotników pod wodzą Giovanniego Giustiniani Longo święcie przekonanych, że uda im się mury miasta obronić, jak to zawsze bywało, że osmańska potęga rozbije się o nie i umknie jak niepyszna, a sułtan podczas obrad dywanu będzie zmuszony przykładnie pozbawić głów kilku winnych i zająć się planowaniem kolejnych wypadów.

Słyszałem szczęk oręża, odgłosy potężnych bombard puszkarza Orbano kruszących mury Konstantynopola władanego słabą ręką ostatniego bazylisa Konstantyna XI Dragazesa. Widziałem żądnych łupów janczarów skorych się do nieuniknionej rzezi, derwiszów tańczących i wygrywających na fujarkach przejmujące melodie i sułtańskich, ubranych na zielono czauszów gotowych do natychmiastowego wypełnienia życzeń swojego pana i władcy. I jeszcze więcej widziałem, a obrazy były żywe i silne, zaczerpnięte z przeczytanych książek.

Słowa wielu autorów: dawnych i współczesnych detalicznie opowiadały mi o przebiegu oblężenia, o morale dwóch stron splątanych w walce, której żadna z nich nie mogła uniknąć z wielu przyczyn. Lała się krew szerokim strumieniem, a czas odmierzając swoją miarę przygotowywał dwie strony na wielki finał.

Miasto Islamu

Historia Stambułu zaczyna się 29 maja 1453 roku, kiedy to potężna armia osmańska wkroczyła do Konstantynopola i po otrzymaniu trzydniowego pozwolenia na grabież z ochotą zabrała się do dzieła udowadniając po raz kolejny, że lepiej łupić niż być łupionym. Władał nimi sułtan Mehmed Drugi znany z niespokromionej ambicji nakazującej uczynić mu to, czego dokonać nie zdołał jego ojciec, sułtan Murad, drugi tego imienia: zdobyć perłę Bizancjum, miasto wydawałoby się nie do zwyciężenia, otoczone kamieniami i wodą.

Po wielomiesięcznym oblężeniu Mehmed Drugi spełnił marzenia i triumfalnie wkroczył po trupach pokonanych do Kościoła Mądrości Bożej, później nazwanego Hagia Sofia, gdzie łaskawie i litościwie zagwarantował wolność wyznania greckim i łacińskim chrześcijanom, o ile uda się im przeżyć trzydniowe harce doborowych janczarów znanych z ostrych jataganów i skłonności do niebywałego wręcz okrucieństwa.

I tak na mapie zajaśniał Islam-Bul, Miasto Islamu.

Przełomowy punkt nie tylko w historii miasta, ale i także w historii świata został opisany początkowo przez kronikarzy muzułmańskich i chrześcijańskich i przez stulecia doczekał się wielu mniej lub bardziej udanych opracowań, z których niezbicie wynika jedno: miasto to, niezależnie, od tego w jakich znajdowało się rękach zawsze odgrywało kluczową rolę w dziejach stanowiąc linię demarkacyjną między Zachodem, a Wschodem, jaką Stambuł pozostaje do dziś.      

Pewnego razu w Anatolii

Zostawiając w tyle marzenia o Jerozolimie popłynąłem z północnocypryjskiego portu Girne do Taşucu w Turcji, gdzie zatrzymałem się w urokliwym nadmorskim campingu Akçakıl (http://www.akcakilcamping.com/tr/). Pochłonęło mnie życie tego niewielkiego miasteczka, skąd codziennie odpływały turystyczne “pirackie” statki nabite głośną muzyką i gromkimi nawoływaniami animatorów. Raz w tygodniu za niewielkie pieniądze można też było popłynąć stamtąd do kraju cedrowych drzew, Libanu i przez chwilę rozważałem taką ewentualność, jednak ze względu na panujący Ramadan oraz ostrzeżenia przed podróżowaniem w tamte niespokojne strony publikowane na oficjalnej stronie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych zaniechałem pomysłu.

Przez kilka dni błąkałem się po centralnej części Taşucu, a oczy moje szeroko otwarte chłonęły azjatycką inność przy wtórze nawoływań muezinów dobiegających z minaretów ku chwale jedynego w tamtej części świata Boga. Ramadan trwał w najlepsze, jednak z moich obserwacji wynikało, że na południu Turcji, podobnie jak w dużych miastach, nie podchodzi się do niego tak restrykcyjnie, jak np. w sercu Anatolii czy na wschodzie, gdzie konserwatywny Islam włada mocną i pewną ręką. I tak w jednej restauracji prosząc o kebab nie zostałem obsłużony, w innej, usytuowanej sto metrów dalej podjęto mnie z życzliwością z jaką już na zawsze Turcja będzie mi się kojarzyć.  

Z Taşucu niespiesznie ruszyłem dalej przez bezdroża Anatolii znane mi jak dotąd z filmowej opowieści (“Pewnego razu w Anatolii”, http://www.filmweb.pl/film/Pewnego+razu+w+Anatolii-2011-616316), którą z czystym sumieniem mogę polecić, mimo iż wiem, że powolność jej narracji nie wszystkim przypadnie do gustu. Góry, wzniesienia, serpentyny; wąskie, wijące się wśród pól i pustkowi drogi, liczne wioski, miasteczka, miasta, wszystkiemu temu kłaniałem się w pas: skąpane w ponad czterdziestostopniowym upale pejzaże mieniące się w dziesiątkach odcieni beżu i brązu siekanego niekiedy soczystą zielenią oraz okraszone dodatkowo majestatem pnących się ku niebu gór wyzwalały nieznane mi dotąd pokłady entuzjazmu.

Miałem to szczęście - podobnie jak na północnym Cyprze - że przez niemal całą Anatolię jechałem samotnie, z rzadka tylko mijany przez rolnicze pojazdy, zdezelowane, jakby z innego świata samochody oraz lokalnych motocyklistów wyżywających się na chińskich stodwudziestkachpiątkach, najpopularniejszych jednośladach w Turcji.

Morskim szlakiem

Do Stambulu dotarłem drogą morską z portu w Yalovie. Blisko godzinny, wieczorny rejs przez Morze Marmara szczelnie obładowanym samochodami promem pozwolił rosnąć w oczach światłom miasta zamieszkiwanego przez kilkanaście milionów mieszkańców: Perła Orientu lśniła całą swoją mocą ożywiając wszystkie moje dziecinne o niej marzenia, które - jak miało okazać się niebawem - zostały w pełni zaspokojone.

Po wylądowaniu na przystani promowej Pendik w Stambule rzuciłem się w mrok, któremu zamierzałem wydrzeć miejsce noclegowe. Przyznam, że nie okazało się to łatwe przez błędne ustawienie miejsca docelowego w tabletowej nawigacji, która chciała powieźć mnie z powrotem do Yalovy, gdzie wg niej znajdował się najbliższy camping. Zrezygnowałem z najnowszej technologii i postanowiłem zawierzyć się gwiazdom. Pech chciał, że zbierało się na burzę, choć niewiele to zmieniało, bo na gwiazdach i tak nie wyznaję się wcale, mimo iż wiem, gdzie na swoim osiedlu wypatrzeć mogę Wielki i Mały Wóz. Z piorunami na karku, z lekkim deszczem walącym po kasku tułałem się po ulicach niczym rycerz pierwszej krucjaty z tą tylko różnicą, że on w 1099 roku miał szansę Jerozolimę zobaczyć po uprzednim zdobyciu i wycięciu w pień jej mieszkańców, podczas kiedy mnie została ona brutalnie na Cyprze odebrana.  

Noc przecampingowałem na stacji benzynowej BP podjęty serdecznie przepysznym jedzeniem przez jednego z jej pracowników, który nie widział najmniejszego problemu w rozstawieniu namiotu na terenie należącym do wielkiej korporacji paliwowej. Rozmawialiśmy dość długo przy pomocy internetowego translatora, aby ostatecznie pożegnać się jak starzy przyjaciele.

Rano ruszyłem do celu: do dzielnicy Fatih, gdzie w ciągu dnia napatrzeć się miałem na największe skarby Stambułu, wieczorem zaś popijać pyszne piwko Efez i podglądać wieczorne życie na pół europejskiej metropolii.   

Harem

Do centrum starego Stambułu popłynąłem promem omijając tym samym trwające niemal cały dzień godziny szczytu na bosforskich mostach. Zanim jednak postawiłem na stateczku koła mojego wiernego Yamaha musiałem przebrnąć przez zalane poburzową wodą miasto, o którego legendarnych korkach sporo się nasłuchałem, aby ostatecznie stać się ich niezbyt zdyscyplinowaną częścią swobodnie interpretującą przepisy ruchu drogowego. Nauczyłem się tego od samych Turków - ich uliczna pomysłowość zasługuje na uwypuklenie w jakiejś wysokobudżetowej produkcji.

Obrałem kurs na Harem, jednak - jak to pewnie z Haremem bywa - kilkukrotnie zbłądziłem, co wielce mi się spodobało i szczerze mówiąc bardzo mi tego brakuje, bo w centrum Krakowa ciężko mi się zgubić nawet po kilku piwach. Po kilkudziesięciu minutach beztroskiej jazdy odnalazłem właściwą drogę przy pomocy sympatycznych i skorych do pomocy Turków i dotarłem do przystani promowej w Haremie. Chwilę później byłem już w Sirkeci, skąd do celu miałem kilka minut.  

Orient Hostel

Z wielu względów nie zdecydowałem się przenocować na jednym z parkingów z widokiem na morze usytuowanych tuż przy ulicy Kennedy’ego, choć tak właśnie zaplanowałem. Zaczepiło się tam sporo międzynarodowych camperów, jednak mimo iż parking był chroniony, dość swobodnie można było wkroczyć na jego teren, co uznałem za złą wróżbę, a tym nie starali się przeciwstawiać już starożytni Rzymianie. Wziąłem to pod uwagę.

Kilkaset metrów dalej, skąd Błękitnego Meczetu można było niemal sięgnąć ręką stało wiele niedrogich noclegowni, spośród których wybrałem gościnne progi Orient Hostelu (http://www.orienthostel.com) nie żałując podczas czteronoclegowego pobytu powziętej decyzji, co więcej: głośno wychwalałem zalety tego sympatycznego miejsca z kawiarnią z widokiem na Morze Marmara, czym zyskałem sobie wielką przychylność pracujących tam Turków.

Po załatwieniu niezbędnych formalności oraz zaparkowania z tyłu hostelu mojego wiernego Yamaha, ruszyłem do miasta. Przez chwilę w powietrzu unosił się lekki deszcz, marna pozostałość po wczorajszej burzy, który ostatecznie przegrał batalię z ożywiającymi wszystko promieniami słonecznymi. Opanowane przez wielojęzycznych turystów ulice tętniły życiem, jak to ulice wschodu potrafią: suweniry, przekąski, nawoływania, zgiełk, muzułmańscy pielgrzymi, sprzedawcy obwarzanków, precjozów, dywanów, sprzedawcy wszystkiego, policyjne formacje, narzucający się przewodnicy, nie narzucające się bezdomne pieski z klipsami w uszach potwierdzającymi ich obywatelstwo, kawiarnie, kawiarenki, restauracje i… Błękitny Meczet z okazałą bramą do niego prowadzącą.        

Magia miejsc: Sultanahmet Camii i Hagia Sofia

Czytałem wiele o Błękitnym Meczecie, zapoznałem się z historią Hagia Sofia, jednak kiedy już pomiędzy nimi stanąłem, zrozumiałem po raz kolejny, że między czytać, a zobaczyć rozpościera się ocean różnic. Pojąłem nagle, że nie chodzi o to, czego świadkiem były te majestetyczne budowle, co zapamiętały ich grube mury, ale o ich samą obecność: bezdyskusyjną, górującą nad okolicą, wprawiającą w zdumienie. I w zachwyt. 

Wpatrzony w bryzgi wielkiej fontanny idealnie komponującej się z Błękitnym Meczetem spędziłem na jednej z ławek kilka leniwych godzin rozmyślając nad niezwykłością i dziwnością świata, którego chyba nigdy nie zrozumiem nie tylko ze względu na jego wielkość i wielowymiarowość, ale przede wszystkim przez moją, ludzką małość. Kimże przecież byłem wobec kamieni tworzących niezwykłe architektoniczne konstrukcje świadczące o czasach zamierzchłych? Pyłkiem niesionym przez wiatr współczesności, który wicher historii zmiecie ostatecznie z powierzchni ziemi.

Poczułem się mały, nieistotny w swojej motocyklowej podróży wcześniej wydającej mi się czymś wielkim i wyjątkowym. Siedziałem zatem w milczeniu: skarcony potęgą historycznych budowli, zastanawiając się jak radził sobie sułtan ze swoimi idącymi w setki konkubinami, które w pałacowym haremie strzeżone przed niepowołanym okiem przez rzezańców Pana i Władcy Świata wiodły życie raczej wesołe i pozbawione niewygód.

Próbowałem sobie wyobrazić sułtanów zwołujących konny dywan ewidentnie zwiastujący wojnę, urzędników Wysokiej Porty zmierzających na to ważne wydarzenie: wielkiego wezyra, wezyrów, bejlerbejów, agę janczarów … I nagle w te rozmyślania wdarło się nachalne i nieprzyjemne wspomnienie powrotu z urlopu w Bułgarii, kiedy to moi autokarowi sąsiedzi uznający się za najbardziej obytych podróżników świata, o czym świadczyć miał z pewnością zakupiony w bezcłowym sklepie alkohol, kwintesencja ich “wypraw”, z niezrozumiałym dla mnie obrzydzeniem opowiadali o brudzie Stambułu, irytującej hałaśliwości jego mieszkańców, których gotowi byli zaliczyć do Trzeciego Świata. Z niedowierzaniem kiwałem głową w nadziei, że uda mi się kiedyś Stambuł zobaczyć. I zobaczyłem, a wraz z nim usłyszaną w autokarze nieprawdę.

I tak to spacerując, to siedząc czy zagryzając smacznego obwarzanka, bądź jedną z odmian legendarnego kebabu, zacząłem rozumieć, że magia pewnych miejsc to coś więcej niż związane z nimi cyfry i daty: to coś ponad kilkaset komnat w sułtańskim haremie zarządzanym przez matkę Władcy Wiernych, niż podziemna cysterna Yerbatan Sarai zdolna pomieścić setki tysięcy litrów wody, niż ilość jedwabnych sznurków rozdawana litościwie przez czauszów na polecenie sułtana, który w ten sposób wyróżniał osoby skazane na śmierć, dając im honorową możliwość poniesienia jej z własnej ręki czy dziesiątki innych suchych faktów. To trampolina, dzięki której ludzka wyobraźnia podatna na baśnie i piękne opowieści może odbić się i poszybować hen, ponad nierzadko surowe prawa rzeczywistości. Potem można tylko iść na piwko Efez i dzięki jego magicznej mocy kontynuować rozmyślania nad przeszłością zapominając, że przyszłość kryje w sobie jeszcze wiele poniedziałków. 

Wcześniej jednak miałem przyjrzeć się sobocie.

“W imię Boga Miłosiernego, Litościwego!” *

Wolno zapadał wieczór. Pyszne piwko Efez smakowało jak zwykle: dobrze, bardzo dobrze. Wokół międzynarodowy gwar. Żegnałem się powoli z sympatycznym australijskim małżeństwem dość dobrze zaznajomionym z marką Harley Dawidson. I nagle zaczęło się: samochody, dziesiątki, setki, tysiące samochodów sunące dostojnie w jednym kierunku. Tuż przed moim stolikiem. Zakwefione kobiety z jawną dezaprobatą spoglądały na pijących alkohol turystów, a nawet na obsługujących ich Turków. Wyczuwałem zmieszanie pracowników hostelowej restauracji, emanował z ich ruchów, błąkał się w spojrzeniach. Dokąd jadą?, zapytałem, i po co? Do Błękitnego Meczetu, padła odpowiedź. Pomodlić się. Jeżdżą tak do trzeciej rano. Tysiące, dziesiątki tysięcy. Do jednego, jedynego Boga.

Zapadłem się w sobie, bo w piątek zmierzyłem się już potęgą obowiązującej tu religii. Mijałem niewielki meczet o godzinie 11. Część wiernych siedziała przed wejściem do niego. Miejsca w środku nie mogło być wiele. Imam przybliżał im prawdy Islamu. Wracałem blisko 14. Dalej tam siedzieli i nie wyglądali na znużonych. Ten sam głos mówił coś w nieznanym mi języku.

Niezwykłość tej z pozoru normalnej sceny prześladowała mnie przez cały dzień, nawet kiedy kończyłem go kieliszkiem wyśmienitej raki. Dlaczego tak o tym myślałem? Siedzieli przecież tylko, siedzieli, słuchali i modlili się. Wielkie mi mecyje! A jednak. W ich postawie dostrzegłem niezłomność i niezachwianie wobec religijnych rytuałów podbite wschodnim, gorącym temperamentem, jakiego próżno szukać w krajach środkowej Europy.

I znów zmalałem, skarlałem, ja, motocyklowy turysta zasiedziały nad piwkiem Efez, przeżuwający bezsilnie potęgę miasta, które podjęło mnie z gościnnością, jakiej doświadczenia życzyłbym każdemu. Siedziałem więc dalej sącząc alkohol, a samochody jechały i jechały, ich pasażerowie zaś patrzyli i patrzyli: jedni z pobłażliwym uśmiechem, inni z lekką pogardą, na co jednak nie mogłem mieć żadnego wpływu.

Rozstanie

Ze Stambułem żegnałem się ze łzami w oczach. Moja trwająca w sumie trzydzieści sześć dni podróż powoli szukała swojego kresu, a ja czułem już na karku oddech zostawionej w tyle Polski i wszystkich codziennych spraw związanych z byciem jej mieszkańcem. Nie chciałem odjeżdżać, jednak przedłużony do pięciu dni pobyt musiał się kiedyś skończyć, bo jeszcze chwila, a zostałbym mieszkańcem tego potężnego miasta, gdzie wciąż spotkać można jeszcze szlifierzy ostrzących noże napędzaną pedałem szlifierką, gdzie europejskie wpływy zdają się brać za bary z orientalnymi, a nawoływania z minaretów rozlegają się każdego dnia z żarliwą i niesłabnącą mocą.

Wyjeżdżałem stamtąd i wyjeżdżałem, a miasto ciągnęło się i ciągnęło i nawet, kiedy myślałem, że opuściłem już granice wielkiej metropolii, to wciąż byłem w jej obrębie, co napawało mnie podziwem i lękiem. I dopiero w Silivri, jakieś 30 km za Stambułem, gdzie przed jednym ze sklepów zatrzymałem się na krótki popas dotarło do mnie nieodwracalnie, że najwspanialsze cuda zostały już za plecami, a przede mną w drodze do Polski pozostały Bułgaria, Rumunia, Słowacja i Węgry, które - jak się później miało okazać - miały mi jeszcze wiele do zaoferowania.

 

* Al-Fatiha, pierwsza sura Koranu

 

Sławomir Łuczak

http://drogiszerokie.blogspot.com

 

Powiązane

Kolejna akcja Motorismo we współpracy z Dobrymi Sklepami Motocyklowymi. Rozdajemy prezenty wszystkim, którzy niedawno dołączyli do grona motocyklistów, zdając prawo jazdy kategorii A lub kupując motocykl o pojemności 125 ccm. Możecie dostać bon o wartości 200 złotych do wykorzystania na zakupy moto-ekwipunku!

-

Artykuły promowane

Zdjęcie newsa
Salony Motorismo zapraszają na jesienną wyprzedaż odzieży i akcesoriów ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Motorismo Assistance to zupełnie darmowy, innowacyjny program wsparcia i...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Zapraszamy do Salonów Motorismo, gdzie już dostępna jest nowa, jesienna ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Wybierając się w motocyklową podróż, musisz zabrać ze sobą dużo więcej r...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Lato to czas wyjazdów. Przeważnie większość motocyklistów woli jeździć s...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Marka HJC przygotowała dla motocyklistów nowy model kasku szczękowego na...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
SW MOTECH to jeden z czołowych dostawców akcesoriów motocyklowych. Ma w ...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Ostatnia, czwarta część video-poradnika, tym razem na temat tego dlaczeg...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Held świetnie leży, dobrze skrojone i dopasowane ciuchy to znak szczegól...
-
Czytaj więcej >
Zdjęcie newsa
Dla wszystkich fanów nowinek salony Motorismo przygotowały nie lada grat...
-
Czytaj więcej >
Motorismo on Facebook